Grey Talent.

Mój kamień syzyfowy. Moja praca, która prawdopodobie nigdy nie zostanie zakończona. Ale jest fajna. Dlaczego? Bo jest moja. I jest mi ogromnie miło, że aż tyle napisałem. Bardzo. Choć wszystko jest do dupy.

Dla wszystkich tych, którzy lubią PDF’y zapraszam do pobrania wersji PDF

 

Ludzie się zmieniają. I to częściej, niż to nam się wydaje. Tak samo jest ze mną. Jeszcze niedawno nigdy nie powiedziałbym, że napiszę książkę, twierdząc, że napisanie około dwustu stron A4 z tylko 32 liter jest rzeczą niemożliwą, a wszyscy, którzy tego dokonali zapewne sprzedali swoją duszę z podrzędnym demonem, który obiecał im talent pisarski i parę skarpet. Mnie niestety żaden z nich nie odwiedził. Co za tym idzie brak mi talentu pisarskiego, a skarpety maja więcej dziur niż przeciętny skinhead. Właściwie pisząc te słowa nie mam na sobie skarpet. Nawet teraz nie czuję się przekonany, czy dobrze robię. Nie mam pojęcia co mam zamiar uczynić pisząc te słowa. Może coś sobie udowodnić, że nie jestem tak głupi i dam rade napisać coś dłuższego, niż 140 znakowy wpis na Twitterze wraz ze zdjęciem małego kotka. A jednak już teraz czuję, że będzie z tym wszystkim większy problem. Nie dam rady. Umrę na malarie i syfilis przed ukończeniem. To taka moja wieża Babel. Wiem, że jej nie ukończę, ale chcę. Słomiany zapał, upór maniaka, debil. Język polski ma na to sporo określeń. I gdy skończę to wszystko pisać, nawet jeśli nikt tego nie przeczyta, będę wiedzieć, że zrobiłem coś, co kiedyś było dla mnie niemożliwe. O pokonanie swoich granic. Bo czyż nie o to chodzi? Pewnie nie, ale trzeba przed sobą udawać. Być hipokrytą. Przed sobą. Oh, słodka ironio. Znowu się spotykamy.

Prolog

Sad but true

Jest jedno słowo, które boli nawet wypowiedziane z ust pięknej śnieżynki z reklamy nowego Opla. Życie. Złe, niedobre i jakieś kruche. Jak tanie pastylki do ssania. I pewnie wielu z was zastanawia się, dlaczego tak sądzę, próbując wyjaśnić, że przecież życie jest dobre i sprawiedliwe, powołując się na piwo, kurczaka i promocje na Steamie. I zapewne przyznałbym racje, gdybym nie siedział w małej celi w jakimś nieznanym mi miejscu wraz z karłem wyjętym wręcz z filmu dla nastolatek o konsekwencjach używania piły mechanicznej na wysokości kolan, z transwestytą, który od pewnego czasu stara się o mnie niepostrzeżenie ocierać swoimi nieogolonymi rękami, udając, że rozprostowuje kości, oraz pewnym Rosjaninem, którego nawet opisywanie blizn boli. I tak sobie siedzę w tej celi wspominając co zrobiłem źle i dlaczego nie jestem teraz na jakiejś wyspie pijąc tą cholernie przereklamowaną Margaritę z palemką. Te wszystkie oznaki kiczowatości i wręcz zepsucia, teraz wydają mi się tak pożądane. Trochę jakby te życie przywaliło mi z teflonowej patelni mówiąc, że nie mam coś się martwić. To tylko gra. Jednak życie jest właśnie jak patelnia. Boli, jeśli ktoś nie potrafi się nią posługiwać. Czyli jak prawie wszystko. Prócz kucyków. One są w porządku.

Rozdział 1

Take me back to the Start

Podczas pobytu w areszcie musiałem stracić nie tylko lewą brew i kapcie, ale również i maniery. Nazywam się James Cort i siedzę sobie teraz podbitym okiem i krwawiącym kolanem w celi więzienia chyba na południu Stanów Zjednoczonych. Piękny kraj wielkich możliwości. Tylko w nim można położyć się spać bogaty i pełen luksusów domku na zachodnim wybrzeżu, a obudzić się Texasie. Taką przynajmniej mam nadzieję, bo znając moje szczęście jestem teraz na granicy Nowego Meksyku i czekam, aż kowboje przebrani za zakonnice sprzedadzą mnie za kilo koksu pobliskiemu baru z walkami psów. Za kilo to i tak nieźle. Skoro jednak nikt nie przychodzi po moją nerkę, karzeł chyba upadł na głowę, a Rosjanin kumpluje się z kolegą kochającym inaczej, rozmawiając o Bogu i skutkach dostaniu pociskiem kalibru .55 między żebra z odległości ławki w celi, to mogę opowiedzieć wam moją historię. Zacznijmy od początku.

Są miejsca, w których nigdy bym nie pomyślał, że się znajdę. Takie miejsca to np. Księżyc, Narnia czy Republika Południowej Afryki. Zawsze byłem jednak przekonany, że znajdę się tutaj. W Los Angeles. Jakże do bólu sztampowym mieście pełnym narkotyków, desek surfingowych i ludzi z powybijanymi lampami samochodów. Rodzice wmawiali mi, że mogę zostać kim chce i kiedy chcę. Po wielu próbach zostania kosiarką do trawy z automatycznym podnośnikiem, postanowiłem zostać dziennikarzem muzycznym, bowiem miałem brzydki głos na radiowego, a skoro on był przystojniejszy ode mnie, kariera reportera telewizyjnego również odpadała. Nie narzekałem na swój wybór. Moja rodzina była bardzo muzykalna, a ja już od wczesnej młodości kręciłem tyłkiem do Cryin’ Aerosmith. Oczywiście biorąc pod uwagą fakt, że przez “muzykalna rodzina” miałem na myśli tatę, który jako jedyny jakkolwiek wspierał mnie w moich pasjach i zaoferował mi pomoc przy kupnie pierwszej gitary. Później poszło już z górki. Gdy poszedłem do szkoły średniej mój gust muzyczny był na tyle ukszałtowany, że miałem gdzieś istniejące wtedy prześmiergłe subkultury popadające ze skrajności w skrajność i mogłem w spokoju wyznawać własne wartości bez względu na presje. Oczywiście była ona spora i niejednokrotnie wywarła na mnie spore wrażenia w postaci podbitego oka czy nagłym zniknięciu kanapki, ale ogólnie rzecz ujmując; radziłem sobie. Gdy skończył się czas szkoły średniej postanowiłem wybrać się na studia. Ostatni raz z utęsknieniem spojrzałem na plakat promujący maszyny do cięcia trawy, wiedząc, że nie jest to mi pisane i wyszedłem ze swojego rodzinnego domu w Springfield. Nigdy nie kochałem tego miasta. Jako dobre dziecko wybrałem kierunek studiów muzycznych. Szczerze mówiąc nie pamiętam jak brzmiała dokładna nazwa tegoż kierunku albo nawet uczelni, bo jedyne co pamiętam z tamtych czasów to widok karła-profesora, którego wręcz dobitnie wyciągnięta z książek Tolkiena, nauczono śpiewać przez nos i recytować dyskografie Pink Floyd. W ten szybki sposób skończyłem studia i dzięki wiedzy, błyskotliwości i tym, że redaktor naczelny to stary znajomy mojego taty, znalazłem się jako podrzędny redaktor w magazynie “Rock Park” – jednego z największych tego typu w Stanach. Spełnienie marzeń każdego audiofila, który chciał pisać cokolwiek o muzyce i coś znaczyć w tym świecie. Ja również się cieszyłem. Pracowałem ciężko na swoje miano “najmłodszego i najzabawniejszego dziennikarza muzycznego”. Robiłem co mogłem. Pisałem po nocach. Słuchałem wszystkich możliwych płyt i epek, aby poszerzyć swoje horyzonty. Tak poznałem wiele nowych, wspaniałych zespołów. Tak poznałem również wiele beznadziejnych i bardzo słabych grup. Ale nie ma tego złego. Jedną z zalet bycia “niezależnym” w tak wielkim wydawnictwie jest możliwość zjechania czego się chce na łamach pisma. To wynagradza wszelkie stracone komórki podczas słuchania dzieła. W takim przypadku należy mieć dwie rzeczy: popcorn i dobrego prawnika, który wytłumaczy sądowi, że sformułowanie: “te debile to najgorsza chodząca po świecie grupa muzyczna, grająca pop rock. Nawet w Rosji robią lepszą muzykę. Na wielbłądach” to nic innego jak przenośnia poetycka i powtórzy to jeszcze raz, ale Rosjanom. Wraz z plakietką – najlepszy otrzymałem inną: kontrowersyjny. Hejtowali mnie na wszelkich forach od szatanów, wilkołaków, a nawet murzynów, nazywając mnie zapatrzonym w siebie gówniarzem o wyglądzie spleśniałego sera z naklejką Barbie. Przywykłem do tego, a nawet promowałem niektóre słowotwórstwa na swój temat. Ogólnie rzecz biorąc żyło mi się dobrze. Spałem sporo, jadłem dużo oraz mieszkałem przy plaży z widokiem na boisko do siatki plażowej. Żyć nie umierać. Jednak do czasu. Kilka miesięcy temu mój wielce rozumiejący mnie naczelny odszedł na emeryturę. Próbowałem go przekonać, aby został, ale zbywał mnie swoimi argumentami, które swoja drogą były słabe: żona mi zmarła, mam raka lub puść mi mój wózek inwalidzki ty debilu. Na jego miejsce przyszedł nowy. Świeża krew po brytyjskich szkołach dziennikarskich, na których jedyną muzyką, którą poznał, był odgłos stękających z nudów studentów na wykładach z etyki. Ja takich zajęć nie miałem, ale po prostu na nie nie chodziłem. Jego szumne zapowiedzi typu: “okręt musi płynąć bez względu na to, kto nim steruje” był tylko cichą zapowiedzią dyktatorstwa w redakcji. Brytyjczycy po wielkich walkach na morzu z Napoleonem oraz wspaniałomyślnej kolonizacji Ameryki Północnej mieli skłonność do używania terminologi morskiej, więc twierdzenia: “tutaj popraw o pół węzła” lub “musimy złapać wiatr z żagle” po tygodniu na nikim nie robiły wrażenia. Koleś nazywał się Mark Daniel i był wiecznie nieogolonym trzydziestolatkiem o posturze boga wina, który jakimś cudem chowa swój piwny brzuszek poniżej pasa. Najbardziej irytowało w nim to spojrzenie. Wzrok ten mówił za każdym razem, że jeśli jeszcze raz się sprzeciwisz, a wyrzucę cie za burtę. Nikomu więc nie uśmiechało się sprzeciwiać szefowi, zwłaszcza, że redakcja znajdowała się na osiemnastym piętrze wieżowca. Oczywiście większość to nie ja, gdyż nauczony słowami rodziców: “Pamiętaj! Walcz o swoje! Nie poddawaj się presji” zawsze stawiałem opór od pierwszego dnia w przedszkolu, gdzie zabrano mi mojego misia, abym mógł zjeść obiad. Nie chciałem się na to zgodzić, czego konsekwencją była zupa pomidorowa na twarzy starej przedszkolanki oraz oderwana rączka mojego misia. Misio odzyskał swoją rękę, ale pani przedszkolanka do dziś nie podaje maluchom do stołu. Zatem już w pierwszym tygodniu podpadłem nowemu zarządcy, gdyż siedząc w swoim biurze grałem w Counter Strike’a krzycząc na swoich współtowarzyszy broni, że matka im powinna zabrać internet i pójść do lekcji. Spostrzegł to pan Mark i dostałem naganę oraz karę w postaci prowadzenia imprezy charytatywnej, na której licytowana miała być gitara Bono czy chustka Axla. (której de facto nikt nie chciał, mówiąc, że nie jarają ich przepocone ciuchy starego pedała) W ten też oto sposób po raz pierwszy posmakowałem sławy i zostałem celebrytą na wybranych serwisach plotkarskich. Stało się tak, bowiem godzinę przed rozpoczęciem gali postanowiłem rozluźnić się nieco kilkoma szklankami szkockiej z lodem i płytą Led Zeppelin. Pomimo tego naoczni świadkowie twierdzili, że bardzo dobrze sobie poradziłem. Najlepszym momentem było ponoć, gdy pod koniec występów wpadłem na scenę podczas gry Johna Mayera zabierając mu mikrofon i zacząłem “śpiewać” swoją wersje Gavity. Ponoć niektórzy do dziś puszczają moją wersje zbuntowanym nastolatką, które nie chcą wstać do szkoły. Działa znakomicie. W ten też oto sposób zostałem gwiazdą w południowej Dakocie i Nowym Meksyku jako postrach dziewic. Cóż, jak mawiają; nie ważne co mówią, ważne, że w ogóle mówią. Nie jest to ostatnia z moich przygód w redakcji. Ustabilizujmy się jednak i idźmy po kolei.
Był to tydzień po moim pamiętnym występie na gali. Zostałem poproszony o zrobienie wywiadu z nowo wchodzącą gwiazdą muzyki pop – Alice. Oczywiście dobrze wiedziałem, że jest to sprawka naczelnego, który doskonale wiedział jak reaguje na słowo pop oraz tego typu gwiazdki. Napady padaczki to przy tym lekka gorączka. Postanowiłem jednak przygotować się do sprawy profesjonalnie, aby następnego dnia powiedzieć temu brodatemu gejusowi z wysp, że potrafię potraktować zadanie poważnie. Oczywiście oboje wiedzieliśmy, że nie potrafię. Starając zachować pozory umówiłem się na spotkanie z naszą nową celebrytką w kawiarki w centrum miasta około południa. Był to kwiecień, więc pogoda była przyjemna. Ubrany więc w koszulkę z Gry o Tron z napisałem “Winter is Coming”, spodenki, które równie dobrze mogłyby służyć jako szmatka do przecierania szyb w samochodzie i nadawałaby się do tego lepiej, niż do noszenia, ruszyłem w stronę umówionej kafejki. Było jakieś dziesięć minut po dwunastej, gdy znalazłem Alice przy stoliku na dworze, gdy dawała autograf pryszczatemu blondynowi w okularach. Pomyśleć, że kiedyś też tak musiałem wyglądać. Przywitałem się wyciągając rękę i lekko chyląc głowę z rozmówczynią. Wyglądała jak typowa wokalistka XXI wieku. W skrócie plastik, plastik i wielkie, kolorowe usta, na które człowiek spoglądałby przez cały czas, gdyby nie te sztuczne piersi wylewające się wręcz z dekoltu.
– Ciepło dzisiaj. Nie jest pani za gorąco w czarnym? – zapytałem, aby rozluźnić atmosferę i jakoś zacząć rozmowę.
– Jest w sam raz – opowiedziała ciągnąc swoimi wielkimi ustami jakiś koktajl nie odrywając wzroku od moje twarzy.
Podeszła do nas młoda kelnerka o wyglądzie Madeline Martin, pytając na co mam ochotę.
– Mrożoną Kawę – rzekłem wyciągając dyktafon. Nie lubiłem notować. – Zacznijmy więc. żeby formalności stało się zadość; wie pani kim jestem?
– Jaka pani! Czuje się taka stara, kiedy tak mówisz. Po prostu Alice. Jestem przecież młodsza.
– A nie wygląda pani. To znaczy; nie wyglądasz.
– To tylko puste komplementy.
– Masz racje. Po prostu zacznijmy. Twoja ostatnia płyta – My lost dream – to obecnie hit sprzedaży w Stanach, Wielkiej Brytanii i Chinach. Wydając swoją pierwszą Epkę trzy lata temu sądziłaś, że osiągniesz taki sukces?
– Ależ oczywiście! – ryknęła wręcz wypychając do przodu swoje ogromne usta oblizując się z resztki swojego sorbetu. Swoją drogą, ciekawe, czy musiała kupić sobie szczoteczkę na miarę.. – Miałam plan i wizje swojej przyszłości. Chcę zostać największa gwiazdą na świecie i wejść do sali sław jeszcze w tym roku jako najmłodsza i najpiękniejsza. – zatrzepotała rzęsami po czym wróciła do oblizywanie szklanki. Było to ciężkie zadanie, bowiem naczynie było większe niż szersze, lecz usta i język zgrabnie dawały sobie radę z tym zadaniem, co przy okazji po raz kolejny zdziwiło mnie jak bardzo człowiek może być wygimnastykowany. Przynajmniej w niektórych miejscach.
– Szczerze mówiąc nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Ale cóż. Idźmy dalej: Ponoć sam Ben Afted chce nagrać z tobą nowy utwór. Co o tym sądzisz?
– Ten gburowaty grubas o twarzy jak ośmiornica?! – parsknęła wręcz tłukąc przy tym szklankę. – Przecież on ledwo się nauczył mówić poprawnie! – nasza rozmowa wzbierała większą widowni. Nici z wyłączności.
– Dlaczego tak sądzisz?
– Jak to dlaczego?! – Ręce piosenkarki uderzyły w stół. Ten jednak nie poddał się tak łatwo jak szklanka. – Przecież to murzyn!
– I co z tego. – starałem się zachowywać neutralnie i spokojnie. – A ty jesteś biała i nikt ci tego nie wypomina.
– Ja przynajmniej nie zbierałam na pierwszą płytę po ulicach!
– Lepiej robić to, niż świecić dekoltem przed panem producentem.
– O nie! Tego już za wiele! To ma być wywiad?! – nosiło ją tak bardzo, że myślałem, że zaraz eksploduje i poleci w kosmos jako pierwszy statek wycieczkowy. Koleś od tych komórek mógłby się zdenerwować. I oczywiście Rosjanie. – Pan mnie oczernia! – Wróciliśmy do pan. Miło. – Masz jeszcze mi coś do powiedzenia, rasistowski debilu?! – i zatoczyliśmy kółeczko. Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!
– Nie. Prócz jednej rzeczy. Usta się pani odklejają. I krzywo dobrała sobie pani tusz do rzęs. Wygląda pani jak gruba mulatka po mutacji.
Dostałem w pysk. Tak ładnie. Aż dźwięk strzału dobił się do kucharza, który zatrzymał tasak nad czymś, co zapewne wkrótce będzie pieczonym łososiem. Mam nadzieje, że chociaż ryba była mi wdzięczna.
Nasza pełna miłości gwiazda obróciła się na pięcie, mówiąc coś o prawnikach i policji. Coś chyba też o lamach. Potarłem obity polik i kiwnąłem na kelnerkę. Ta najwidoczniej ubawiona całą historią cała w skownonkach zapytała, czy nie potrzebuje lodu.
– Nie potrzebuje. Włóż mi tylko lód do szklanki i zalej czymś mocnym. Najlepiej colą.
Odeszła równie ubawiona co poprzednio. Wyciągnąłem telefon i ciągle dotykając swojego czerwonego zapewne polik znalazłem numer Marka i napisałem mu smsa:
“Mam nowy pomysł na portal plotkarski. Pierwszy artykuł: Jak mocno biją gwiazdy. Czekam w tym ruskim Sturbaksie.”
Gdy skończyłem pisać podeszła do mnie te sama kelnerka z tym samym głupkowatym uśmiechem i wręczyła mi cole
– Na koszt firmy. – powiedziała lekko zachwianym tonem. – Należy się panu za ten występ.
– Chociaż ktoś mnie docenia. Chce pani autograf lub zdjęcie na lodówkę?
– Naturalnie. – puściła oczko niby od niechcenia, choć dobrze wiedziałem, że takie rzeczy ćwiczą w domach przed lustrem, gdy nikt nich nie chce zabrać do klubu, a same wpychają lody oglądając Pamiętniki Wampirów. I za to ich nienawidzę. Mam nadzieję, że chociaż lody jędza dobre.
Na Marka nie musiałem długo czekać. Dobrze wiedziałem, że jego nieustana chęć wyśmiania mnie w twarz jest silniejsza niż niejedna panna z Bronksu. Czy inna korporacyjna sekretarka, która właśnie upuściła cukier w firmowej kuchni i niezdanie stara się go podnieść. Przyszedł z uśmiechem na twarzy rozkładając ręce.
– Co ci zrobiła ta piękna niewiasta, że tak zalazła ci za skórę – odparł, gdy usiadł na miejscu celebrytki kiwając na tą samą kelnerkę.
– A wiesz, że nie wiem. Wszystko było spoko. Rozmawialiśmy o muzyce, tapeta lała się z jej twarzy strumieniami, aż tu nagle dostałem w ryj, a ona odeszła. Dzień jak co dzień. Zróbmy o tym Reality Show.
– Coś musiałeś zrobić. – odparł pokazując kelnerce drinka z karty. Ciągle się uśmiechała i dopiero teraz zaważyłem, że ma piękne, czarne włosy zakrywające jej szyję oraz upajające oczy. – Alice za nic w pysk nie daje. Chyba, że chodziło o Jaggera. Ale ten przestraszył ją zmarszczkami.
– Powiedzmy, że zeszliśmy na ciemną stronę muzyki, ok? Mogę w zamian za ten wywiad napisać coś o kojących właściwościach metalu na foki z naszego zoo. Co ty na to?
– O nie mój drogi. To twój drugi wybryk. Chcę mieć super artykuł i ty go mi dostarczysz. Dzisiaj grają u nas 30 Second to Mars. Chce mieć wywiad z Jaredem. I to zajebisty. Żeby mi płakał przed tobą, że chce wrócić do szydełkowania i grania ćpuna dla nastolatek z grzybicą! Rozumiesz? Cieszę się. – nie wydaje mi się, abym kiwnął głową, ale najwidoczniej brak znaków też jest znakiem. Mózg rozwalony. – Tekst na piątek. Wiesz jak kocham deadline. Ja idę do tego czasu na urlop. Postaraj się nie tęsknić. – wstał ze swoim grubym tyłkiem i wyciagając papierosy odszedł od stolika. “Wredny kutas” – pomyślałem i przeczesałem włosy ręką. W tym czasie podeszła do mnie ponownie pani w biało-czarnym stroju.. Tym razem zauroczyła mnie swoimi biodrami i talią. Spojrzała na mnie z wyrzutem trzymając kolorowy napój.
– Pan już nie wróci? – zapytała lekkim, acz donośnym głosem
– Chciałbym. Ale on jest jak bumerang. Do tego brzydki, ohydny i obtarty z reszty człowieczeństwa. Lub jak książka Paula Coelho na prezent – nikt ich nie chce.
Kelnerka zaśmiała się pokazując swoje zgrabne zęby. Zęby mogą być w ogóle zgrabne? Nieważne.
– Drinka możesz zostawić. I tak nie zostało mi nic innego jak upić się i zapomnieć o powrocie do pracy.
– Aż tak źle? – rzekła, stawiając drinka na stole. Skubany dobrze się trzymał, pomimo tego, że dostał w twarz od znanej gwiazdy oraz spędzał czas z największą gnidą w branży muzycznej. Nie można tego samego powiedzieć o mnie. Ja vs. Ikea 0:1.
– Gorzej. Muszę zrobić wywiad z wokalista 30 Second to Mars, a ja nie mam akredytacji czy nawet wejściówek. Na dodatek nie mam się w co ubrać, a dziś wieczorem gra Brazylia z Polska w siatkówkę.
– To ciężko. Ale chyba znam kogoś, kto może ci pomóc.
– Ja też znam. Dwóch. Jeden do dziś wisi mi kucyka z dzieciństwa i kilka wizyt u terapeuty z powodu przebrania mojego ojca, a drugi zdaje się czeka tylko na Apokalipsę obstawiając z Archaniołami i Lucyferem, która blondynka zginie pierwsza.
– Zabawny jesteś. To dobrze. Bo z bucem nie poszłabym na koncert. Ubierz się ładnie. Wpadnę po ciebie o siódmej. I się umyj.
Poczułem się jak w tanim serialu dla nastolatków puszczanym w południe na Disney Chanel. Ale wole czuć się jak wykorzystana Selena Gomez, niż pobity Sylvester Stallone. Przynajmniej będę mieć mniej tapety.
– Spadasz mi z nieba! Już myślałem, że będę musiał przechodzić pod samochodami, aby dostać się na koncert. Uwielbiam cię.. Właściwie, skoro mamy razem szaleć przy takich świetnych piosenkach jak The Kill, to wolałbym znać twoje imię.
– Kate. – powiedziała to tak lekko i szybko, że prawie nie usłyszałem. – I nie musisz udawać, że ich lubisz, James.
– Jestem popularny? Nie spodziewałem się.
– W niektórych kręgach, owszem.
– Jakie to są kręgi?
– Znajomy na zmywaku często cię czyta.
– Kapuje. Sława to zdradliwa suka. Masz moją wizytówkę. Przyjdź pod ten adres. Mam nadzieję, że na pierwszej randce nie muszę po ciebie przyjeżdżać?
– To bedzie randka? – roześmiała się lekko zamykając oczy. – Myślałam, że tylko pomogę ci się dostać do ulubieńca nastolatek.
– A ja myślałem, że Hobbit to taki rodzaj psa. Ludzie często się mylą.
Wstałem, wyciągnąłem dwadzieścia dolarów z kieszeni, położyłem na Bogu ducha winny stół i zakładając ciemne okulary ruszyłem do domu. Czułem, że zostawiłem po sobie dobrze wrażenie. Albo to był zapach tego łososia.

Była godzina piąta. W pokoju brzmiał właśnie The Killers. Lubię się tak czasem poniszczyć i pograć w jakieś ciekawe gry. Ostatnio ponownie wsiąknąłem w Baldur’s Gate i jak debil ponownie przechodziłem wszystko wszystkimi możliwymi postaciami. Na pulpicie kusiła mnie również ikonka Diablo II. Moja ulubiona gra podczas godzin pracy. Niesamowite uczucie, gdy wszyscy myślą, że bardzo ciężko pracujesz i klepiesz w tą klawiaturę, kiedy ty tak naprawdę wciskasz kolejne zaklęcia swoją czarodziejką. I tak oto zleciał mi czas. Aż do godziny siódmej, gdy do mych drzwi ktoś zapukał. Przed domem stała ona. Wyglądała tak, że moje ubogie słownictwo znalazło tylko jedno słowo, które jednocześnie może być onomatopeją (a takie słowa to znasz, baranie!). Mianowicie: wow. Miała długą, czarną spódnice, odkrywającą lekko piękne, długie nogi. Włosy sięgające za ramiona, lekko falowane, jakby od niechcenia, ale godziny spędzone na YouTube w kategorii “Poradniki i styl” nie poszły na marne. Aby uzyskać taki efekt naprawdę trzeba się natrudzić. Oczy miała delikatnie pokolorowane, a na ustach dość wymowny, czerwony kolor. Na szyi zaś długi wisiorek w kształcie gitary.
– Będziesz się tak na mnie gapił, czy pójdziemy? – zapytała gasząc moje myśli o wizji jej na plaży grającej w siatkówkę plażową. W sumie jakieś dziewczyny teraz grały.
– Tak wcześnie? Może lepiej wejdź do środka, pogramy w coś, a ja cię upije?
– Kusząca propozycja, ale nie lubię się spóźniać.
– Fakt. Jest za dwie siódma. Już idziemy, tylko się ubiorę. Wejdź.
– Żebyś mnie uderzył tępym narzędziem w tył głowy?
– Nie. Obecnie mam tylko ostre narzędzia.
Przekroczyła próg poprawiając sukienkę. Mam nadzieje, że to się nazywa sukienka.. Takie długie to sukienka, nieprawdaż? Po chwili stanęła i rozejrzała się po pokoju ze zdziwieniem.
– Sądziłam raczej, że będzie tu nieopanowany bałagan lub co najmniej wystawa całorocznej bielizny.
– A widzisz. Pozory mylą. – odszedłem do garderoby, aby założyć coś, co nie śmierdziało jak trzyletni jeż oraz wyglądało jak koszulka, a nie ścierka. Znalazłem koszulkę Led Zeppelin oraz koszulę niewiadomego pochodzenia. Wybór był oczywisty. Gdy wyszedłem zobaczyłem ją tuczącą Zasalamela grając Ivy. Muszę przyznać że robiła to nad wyraz sprawnie. Szczególnie zwinnie wywijała gałką..
– Jestem gotowy. Idziemy?
– Czekaj, tylko skopie dupe temu murzynowi.
Muszę przyznać, że dobór słownictwa mi odpowiadał. Szybkie trzy combosy po czym “murzyn” padł na arenie przy wielkim napisie K.O.
– Możemy iść. Tak w sumie – powiedziała podnosząc się z kanapy kocimi ruchami – dlaczego afroamerykanin w pelerynie i kosą jest ostatnim bossem? Czy to jakieś nawiązanie?
– Tak. – odpowiedziałem szybko. – Alegoria gwałtu i sądu ostatecznego. Chodźmy.
Była za dziesięć ósma, gdy dotarliśmy na miejsce. Po drodze rozmawialiśmy o pizzy, jazzie i psach w kaftanach bezpieczeństwa. Stanęliśmy przed stadionem.
– Dobra. Możesz dać mi ten bilet. – zacząłem, gdy zbliżaliśmy się do bramek.
– Ale ja nie mam biletu. -odparła nic nie robiąc sobie z mojego zdziwionego wzroku. Pewnie jako kelnerka często była obdarzana takimi spojrzeniami, gdy okazywało się, że ta herbata nie jest z Indii, a z Connecticut. To jest jak z Mikołajem. Niby coś przeczuwałeś od początku, ale komu by to przeszkadzało, żeby ten czerwony grubas istniał. I tak! Nie dostałem mojego rowera.
– Jak to nie masz? – moje zaskoczenie było bardzo autentyczne, wręcz profesjonalne. Może dlatego, że było autentyczne. – Przecież w kawiarni mówiłaś, że masz.
– Nie mówiłam, że mam – odparła przeczesując włosy. – Powiedziałam tylko, że z tobą pójdę, bo wiem, że i tak tam wejdziesz, a przynajmniej ja się będę dobrze bawiła. I poznam słynnego Jamesa Corta.
– Zaraz. Czyli po prostu w tej chwili wykorzystujesz mnie, aby dostać się na koncert Marsów? I słynny? Przecież tylko kolega na zmywaku mnie zna.
– A to źle? -odpowiedziała tak słodko, że nikt by nie zauważył, gdyby wsadzić próbkę jej głosu do jednego z odcinków My Little Pony. Nie żebym oglądał.. – Przecież sam byś tak zrobił.
– Skąd to niby wiesz?
– Kolega. No. Zmywak.
– Chyba coś za często z nim przebywasz. To co teraz robimy?
– Mnie nie pytaj – stanęła w rozkroku wpatrując się we mnie. – Moje zadanie się właśnie zakończyło. Jestem tu z tobą. Teraz twoja kolej Sherlocku.
– Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że miałaś łatwiejsze zadanie. Gdzie tu równouprawnienie?
– W kopalni. Wraz z jednorożcem i Jacksonem. Dalej, co robimy?
– Idziemy do mnie, czy do Ciebie?
– Zabawnyś. Lepiej wymyśl jak chcesz wejść na ten koncert.
– Brakuje mi czasem kodów w życiu. Wcisnę tyldę i już.
– Tak. Godmode on, invisible oraz hesoyam i jedziemy.
– Zaskakujesz mnie. – powiedziałem prawdę. – Mam pomysł. Ale będziemy potrzebować do niego wielkiej zwinności, precyzji i twojego biustu.
– Dlaczego mojego?
– Mam nadzieję, że nie muszę odpowiadać na to pytanie.
Plan był prosty. Idziemy do strażnika przy bramce i Kate dyskretnie rzuca uroki na kolegę. Ten, skruszony historią zgubionych biletów, chorej babci i zbieraniu na pierwsze skrzypce, wpuści nas, tylko troszeczkę zerkając na piersi koleżanki. Jak to jednak bywa – jeśli plan bywa za prosty, to oznacza, że po prostu jest głupi. Nie dość, że trafiliśmy przy wejściu na kobietę, to na dodatek niewzruszoną jędzę o urodzie Obelixa. Historia o babci może by przeszła, ale niepotrzebnie dodaliśmy, że gra w London Symphony Orchestra.
– Mówiłem, żebyś tylko nie gadała i zostawiła to mnie. Ja bym na pewno ją przekonał – zdenerwowany powiedziałem, gdy już odeszliśmy od pani bramkarki.
– Takiś mądry? – chciała chyba lekko krzyknąć, ale z jej głosem i aparycją wyglądała jak mały szczeniak chcący jeść. – Nie trzeba było mówić o skrzypcach. Każdy wie, że teraz albo się gra na gitarze, albo robi się z siebie debila w internecie. Ty na przykład robisz obie rzeczy.
– Gdzie robię z siebie debila?!
– Wszędzie. Zamknij się już i lepiej pomyśl, jak dostać się do środka.
– Czy w grę wchodzi kwestia, w której wybiegasz nago przez bramki krzycząc postanowienia konstytucji francuskiej?
– Chyba nie. Wymyśl coś lepszego.
Wtedy mnie oświeciło. Dopiero teraz wydaje mi się, że to po prostu jest za słaba na jakąkolwiek książkę i cholernie naciągane, ale jeśli dają ci pomidory, to rzucasz w nimi najbliższego Azjatę. Czy coś. Jakiś koleś ze stacji telewizyjnej był właśnie zajęty pokazywaniem swojej nowej koleżance koszuli oraz błyszczyka do ust i zostawił na uboczu swoją kamerę i strasznie dziwną czapkę frygijską lub inny hipsterski sprzęt, którego nie rozumiem, jak wielu rzeczy.
– Wierzysz w Boga? – zapytałem uśmiechając się i patrząc jej w oczy.
– Raczej tak. W końcu ktoś musiał stworzyć Hendrixa. A dlaczego pytasz?
– A bo wiesz, złamiemy siódme przykazanie.
– Możesz jaśniej? Byłam słaba z matmy.
– Widać. Chodź. Po cichu.
W tym momencie zaowocowało lata doświadczeń gry w Splinter Cella i Deus Exa. Skradałem się jak zawodowiec lekko i zwinnie przechodząc od cienia do cienia. Zabrałem kamerę, plakietkę oraz tę pedalską czapkę i ruszyłem z powrotem. Pełen gracji i wyczucia.
– Pięknie, panie Fisher. – powiedział Kate, gdy uśmiechając się wychodziłem z cienia pokazując zdobycz. Klaskała, niczym Joker z Batmana. Tego od Nolana, który jest głupi – Tylko, że ten koleś jest tak zajęty ustami koleżanki, że pewnie nie zauważyłby wieloryba na koniu w stroju pirata.
– Daj mi się cieszyć moim sukcesem
– Dobrze, drogie dziecko. Co teraz?
– Zawsze możemy wypróbować tę kamerę i pójść..
– James. Spokój. I co ty masz w rękach?
Spojrzała na czapkę, którą trzymałem w lewej ręce.
– To jest czapka niewidka. Założę ją, a potem obrabuje kilka sklepów, wypuszczę tygrysa z zoo i ucieknę na swojej miotle. W tle będzie lecieć System of a Down. A co?
– Nic. Chodźmy.
Idąc, tym razem do innej bramki, założyłem na swoją głowę czapkę, przewiesiłem plakietkę ze stacji TV One na nazwisko Jamie Flowers oraz wetknąłem oko w wizjer kamery. Lub jakkolwiek to się nazywa. Nikogo nie obchodziło, ze miałem zasłonięty wizjer. Przecież jestem hipsterem i nikogo to nie powinno interesować.
– Wyglądasz jak idiota – powiedziała Kate przez śmiech. – I do tego jak gruby idiota.
– Christian Bale przytył 45 kilogramów do zagrania w Batmanie. Ja się tu poświęcam.
W końcu podeszliśmy do wejścia dla prasy. Stał tam facet wyglądający jak młody Hank Moody, tylko brzydszy i grubszy. Albo właściwie, to nie wyglądał jak on. Zatrzymał nas ręką.
– Przepustki. – rzucił równie sucho, jak jego wargi.
Pospiesznie pokazałem mu piękną plakietkę. Chwalmy słońce za brak zdjęć na tych legitymacjach prasowych. Inaczej musiałbym zniekształcić sobie nos i przefarbować się na rudo. Rudo! Nieważne.
– Ty wejdziesz. A ta panienka? – powiedział, gdy skończył swoimi tłustymi łapskami macać przepustkę.
– Ona jest ze mną. Będzie mnie kręcić.
– To dlaczego ty nosisz kamerę? – zapytał podnosząc brew do góry.
– Lepiej nosić kamerę niż te ohydne włosy – rzuciłem szybko.
O dziwo podziałało. Nasz Hank roześmiał się jak spasiony pingwin w czasie godów i wskazał mi ręką przejście ciągle się śmiejąc. Nie sądziłem, że takie suche kawały mogą ratować życie. Chwalmy producentów płatków śniadaniowych i ich PR owców.
– Co to miało znaczyć?! – krzyknęła moja kamerzystka, gdy już mnie dogoniła, a przyjaciela bramkarza nie było już słychać. A uwierzcie. Śmiał się głośno.
– Jakoś musiałem uratować sytuacje. Takie grubasy lubią żarty o czyjejś aparycji. Przecież masz piękne włosy.
– Dziękuję..
– Ale mogłabyś się czasem uczesać.
– Osz ty. – burknęła patrząc na mnie spod grzywki. – Ja cię zabieram na koncert, a ty mi takie wyznania?
– Ten mój feminizm.. Chodź. Zaraz się zacznie, a ja nie chce słuchać tych wszystkich piosenek. Schowajmy się gdzieś za kulisami.
Znaleźliśmy się w wielkim pomieszczeniu z skrzyniami na gitary, wzmacniacze i inne tego typu pierdoły. Usiadłem na jednych z nich, zdjąłem czapkę i odłożyłem kamerę. Kate usiadła koło mnie. W tej chwili wyglądała jak Alison Mosshart, gdy jeszcze wyglądała jak kobieta, a nie ochłap sztandaru rosyjskiej akademii wychowania fizycznego w Moskwie. I była chudsza. I ładniejsza. Usiadła patrząc na mnie.
– Naprawdę miałam nadzieję, że usłyszę chociaż jeden utwór. Może nawet rzuciłabym bielizną na scenę..
– Nie wszystko można mieć. – odpowiedziałem gładząc włosy.
– A ty? Co ty być chciał mieć.
– Dlaczego o to pytasz? – odpowiedziałem autentycznie zaskoczony.
– Bo mamy dużo czasu. Coś sądzę, że Jared tak szybko nie zejdzie z tej sceny przytłoczony piszczącymi laskami, a ja chciałabym wiedzieć coś o nowym partnerze z celi, gdy pójdziemy siedzieć za kradzież kamery oraz podszywanie się pod obcą osobę.
– Nie wiem czego chcę. To jest mój problem. Odkąd pamiętam chciałem tylko pisać o muzyce, grać w gry i jeść pizze w łóżku z Meghan Markle. Ale odkąd mam to wszystko, prócz Meghan, nie potrafię znaleźć w tym radości. Kiedyś robiłem to wszystko, aby wkurzyć rodziców. Pokazać im, że będę taki, jaki chce. I nikt nie będzie mi w tym przeszkadzać. Osiągnąłem cel. I nie wiem co robić. jak widzisz, pewnie zaraz stracę pracę i wszystko to, do czego dążyłem. Nawet trochę się z tego cieszę. Będę mógł obrać nowy cel. Niestety, problem polega na tym, że nie za bardzo wiem jaki to ma być cel. Bo co mam zrobić?
Chwila ciszy. Ponoć po trzech sekundach cisza staje się niezręczna. Ta była przyjemna. Kreatywna. Taka martwa cisza.
– Bądź sobą, a będziesz szczęśliwy – powiedziała Kate uśmiechając się i zaczesując włosy.
– Wiesz co. Nie mogłaś powiedzieć niczego bardziej oczywistego. To tak, jakby odpowiedzieć komuś tonącemu: oddychaj, a będzie dobrze. – spojrzałem na nią. Uśmiechnęła się tylko. – Ale wiesz, co jest najgorsze? Że masz cholera rację. Muszę coś zmienić. Pójść dalej. Amen.
– Piękne. Ale co to znaczy. Wybacz. Może mój kolor włosów cię zmylił i nie jestem typową blondynką, ale nie rozumiem. co chcesz zrobić?
– Zacząć od początku.
Uśmiechnąłem się i wstałem. W tle było słychać The Kill. Laski piszą. Norma. Zrzuciłem plakietkę i bez słowa ruszyłem do wyjścia.
– Co z pracą? Co z Jaredem?
Ponownie uśmiechnąłem się. Zatrzymałem się i odwróciłem. Założyłem swoje okulary, których nie wkładałem od lat. Wyglądałem w nich ponoć inteligentniej. Straszne kłamstwa.
– Nich ćpa dalej. To fajnie mu wyszło. Najwyżej napiszę, że nie żyje

Rozdział II

No more time to kill tomorrow

Zawsze chciałem poczuć jak to jest być bezrobotny, głupi i nie atrakcyjny. Ostatnie dwa miałem na co dzień. Jednak w każdym wyobrażeniu byłem wtedy w swoim domu w Hiszpani pijąc tanie piwo w towarzystwie Evy Mendes. To, co teraz czuje i miejsce w którym jestem w żadnym stopniu nie przypomina mi moich wyobrażeń. No, może prócz taniego piwa, bo to jedyna rzecz jaką miałem w lodówce, która nie chciała mi uciec. Już wiem co mnie czeka w pracy. Wesoły, niczym nie skażony uśmiech tego grubego Brytola mówiący: W końcu mogę to powiedzieć: spieprzaj debilu. Zabawne. Ja to samo chce mu powiedzieć. Jest za wcześnie, abym gdziekolwiek jeszcze szedł. Słońce leniwie wystaje zza budynków. Skubany. Ten to przynajmniej ma stałą prace. Nie wytrzymałem czekając. Poszedłem spać. O ósmej obudził mnie dzwonek do drzwi. Chwiejnym, ale jakże dostojnym krokiem ruszyłem w kierunku klamki. Stała tam Kate. Chyba, bo wyglądała raczej jak Mila Kunis, gdyby tylko pochodziła z Szwecji. Miała w ręku jakiąś whiskey i uśmiechała się głupio.
– Pijemy? – zapytała nie tracąc tego uśmiechu.
– Gentelmeni przed śniadaniem nie piją. – odparłem opierając swoje zmęczone ciało o drzwi.
– A jadłeś w ogóle śniadanie?
– Nie.
– To w czym problem?
Wpakowała się do mieszkania trącając mnie biodrem. Rozgościła się w salonie.
– Jeśli masz jakieś czyste szklanki to je przynieś.
– Prawdziwi faceci piją ze słoików – krzyknąłem z kuchni. Tak naprawdę to nie miałem czystych szklanek.
– To przynieś słoiki.
– Ich też nie mam. Dawno nie byłem u mamy. Nie mam konfitur.
-Trudno. To jedziemy z gwinta.
Powiedziała i otworzyła butelke zgrabnym ruchem. Gdy wszedłem do pokoju siedziała już na sofie ciągnąc łapczywie napój. Teraz wyglądała jak Keira Knightley w Anna Karenina, tylko mniej dostojnie w z butelką w ręku. Miała na sobie jakieś czarne spodnie i długą, damską koszulkę z mostem Golden Gate. Włosy czarne, rozpuszczone. Usta tylko delikatnie muśnięte jasną szminką. Lekko pocieniowane oczy. To był jej całkowity makijaż. Resztę robił sam uśmiech. Odwróciła się w moją stronę wyciągając do mnie butelkę. Życie ma słodko-gorzki smak Jacka Danielsa z colą. Przypomniałem sobie w myślach tekst i wypiłem spory łyk. Faktycznie. Jak moje życie. Brązowe, lepkie i nieuporządkowane. Sad mode aktywowny. Usiadłem koło Kate nie puszczając butelki. Chyba westchnąłem. Chyba, bo zaraz po tym dostałem z liścia w twarz. Kobieta mnie bije. Do czego już doszło. A ja chciałem chodzić w marszu równości krzycząc anty-komunistyczne hasła trzymając plakat: lesby to cioty. Chyba muszę odwołać manifest.
– Nie chce mi się pytać za co to. – odparłem obojętnie i zanurzyłem usta w napoju.
– Ty już dobrze wiesz! – krzyknęła radośnie, wręcz piskliwe – Masz kolekcjonerkę Halo 4 i mnie nie zaprosiłeś do grania?!
– Nie znam cię, ale już cię kocham.
– Ja ciebie nie. – odparła łapiąc za pad. – Śmierdzisz, pijesz rano i nie masz pracy.
– Jeszcze ją mam – odpowiedziałem nic nie robiąc sobie z jej obelg. – Technicznie rzecz ujmując jeszcze nie zostałem zwolniony.
– A ja technicznie rzecz ujmując jestem wysoką, szczupłą i atrakcyjną brunetką z majątkiem i dużym psem. Tak mam wpisane na MySpace. I widzisz ile z tego to prawda. Mam ci skopać dupe w Tekenie czy dać lekkie fory dla kaleki zmęczonego życiem.
– Podaj pada. Przesadziłaś.
I graliśmy z godzinę. W tym czasie zdążyliśmy obalić całą butelkę oraz pokonać siebie nawzajem jakieś trzydzieści razy.
– Muszę iść do pracy. – powiedziałem, gdy zobaczyłem dziewiątą na zegarku.
– Fakt. Głupio by było spóźnić się ostatni dzień. Pomóc ci się ubrać? Bo wyglądasz jakby zaatakowało cię stado waranów.
– Czyli jak zwykle. Umyję tylko pachy i idę.
Wyszliśmy razem i zatrzymaliśmy się przed domem.
– Nie rozumiem jednej rzeczy. – zatrzymałem ją lekko ręką. – Przecież mnie nie znasz. Dlaczego chcesz mi pomóc?
– A wiesz, że nie mam pojęcia. – odparła nawet nie odwracając się. – Może jest mi ciebie żal. Może chcę cię wykorzystać. Nie wiem. Ale czy musisz to wiedzieć?
– Nie. Zresztą – nie ma czasu, aby zabić jutro.
– Nie ma. – nie odwróciła się, ale dobrze wiedziałem, że uśmiechnęła się. Gdy odeszła jakieś trzydzieści kroków ja również ruszyłem w swoją stronę włączając Bona Ivera w ipodzie. Spóźnię się. Ale jakoś mało mnie to interesuje. W sumie nie wiem po co poszedłem w ten dzień do biura. Dostałbym bardzo miłego maila, który po wycięciu zwrotów grzecznościowych i podziękowań brzmiałby: Zjebałeś. Spieprzaj dziadu. Ha. ha.
ha. Dlaczego tego nie zrobiłem? Oprawiłbym tego maila w ramkę i opatentował. Teraz dostanę tylko wredne uśmiechy i odprawę. Albo nawet jej nie dostanę.
Gdy wchodziłem do biura było dziesięć po dziesiątej. Dziesięć minut spóźnienia. Nie jest źle. Gdy uśmiechałem się do siebie, ciesząc się jak idiota, zobaczyłem Marka przed moim biurem. On wygrał konkurs na głupie uśmiechy. Na najgorszy strój do pracy też. I na najbrzydszy krawat. Wyglądał jak wyprasowana krowa, ale naczelny chyba nie wie co to krowa.
– Dobrze wiesz co cię czeka? – dobra. Teraz to przesadził. Jak można tak komicznie wyszczerzać zęby nie tracąc równowagi?! Widać nie tylko krawat miał jak krowa.
– Laski na rurach, rapujących murzynów i bujające się samochody nie wchodzą w grę?
– Zawsze cię szanowałem za poczucie humoru. – schował trochę zęby. Chwała Panu.
– Ty mnie nigdy nie szanowałeś. Daruj sobie te życzliwości i powiedz po co tu stoisz.
– I byłeś zawsze rzeczowy oraz bezpośredni. Też to lubię. Niestety nie lubię, gdy ktoś nie wykonuje najprostszego zadania, kradnie kamery i wraz z jakąś dziwką wkrada się na koncert.
Powinienem zareagować na to dziwka, ale zdenerwowała mnie grając w Tekena. Ma za swoje.
– Miałeś tylko wykonać prosty wywiad. – ciągnął dalej. – Co było w tym tak trudnego?
– Nic. Przecież zrobiłem wywiad.
– Tak? I co ciekawego powiedział Jared?
– Żebyś się pieprzył.
– Naprawdę tak powiedział?
– A nie, przepraszam. Ja tak mówię.
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku wyjścia. Zawołałem windę. Odwróciłem się znowu w stronę Marka. Stał tak samo wpatrując się we mnie namiętnie. Gdyby był kobietą, pomyślałbym, że mnie podrywa. Wolę już tak nie myśleć.
– Zwalniasz mnie? – zapytałem lekko drwiąc.
– A sam się nie zwolnisz? – zapytał szeroko otwierając oczy. Nie tylko jego wzrok czułem na sobie. Cała redakcja pochowana w biurach ciągle wyglądała na korytarz. Mają obaw cwaniaki.
– Daj mi tę przyjemność, Brytolu. – odpowiedziałem rozglądając się.
– To zwalniam cię! Ale odprawy nie dostaniesz.
Winda przybyła. Rozejrzałem się. Przy ścianie jak zwykle stał mały stolik, na którym były nasze archiwalne numery pisma. Mark uwielbiał je, chociaż były tam też moje teksty. Zrzuciłem wszystkie szybkim ruchem ręki i stanąłem na nim.
-Oh Capitan, my Capitan! – wykrzyczałem i wskoczyłem do zamykającej się windy. Wiedziałem, że nie lubi tego serialu. Zdążyłem tylko zobaczyć zdziwioną minę mojego ulubionego Brytyjczyka i usłyszeć brawa redakcji. Najgorsze wyjście jakie można sobie wyobrazić. Trzeba było wybrać tą wersje z emailem.

I tak oficjalnie zostałem głupim debilem bez pracy. Brzydkim. Bez nałogów. Poznam chętne panie.
Trudno. Miałem dwa wyjścia: iść do domu, upić się i wstać rano nieprzytomny lub pójść do baru i się upić. Trudny wybór. Skłoniłem się do pierwszej wersji, ponieważ miałem bliżej i jeśli się upiję, to będę miał blisko do domu. Jak żółw. Była chyba czwarta godzina, ale miałem to w dupie. Miałem tylko nadzieję, że w domu znajdę trzy rzeczy: alkohol, żarcie i wykupiony abonament Xbox Live. Chciałem skopać dupe jakimś Rosjanom w Halo. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że alkohol wypiłem, jedzenie wyszło, abonament się skończył, a zamiast tego, na mojej sofie siedziała Kate. Miała jakąś butelkę. Znowu. Ale chociaż ona ma coś do picia. Dobra dziewczyna. Wie, czego oczekuje. Jakoś wtedy mało mnie interesowało jak weszła do mieszkania. Ważne, że miała to, co chciałem.
– Jesteś pełnoprawnym bezrobotnym? – spytała, gdy już zorientowałem się, że siedzi przede mną.
– Jutro idę po zasiłek i mogę oficjalnie balować na koszt kraju. – usiadłem obok niej.
– Po co czekać do jutra. – złapała za korek i zgrabnym ruchem otworzyła butelkę.
– Znowu nie mam szklanek.
– A ja znowu nie mam nic przeciwko. – pierwsza wzięła łyka po czym podała mi mokrą butelkę.
Złapałem szyjkę. Spojrzałem na Kate. Wyglądała teraz jak Jennifer Lawrence w Hunger Games. Albo raczej jak w Silver Linings Playbook. Miała czarne włosy wplecione w kok z małym kosmykiem włosów spadającym lekko na oko, niebieskie oczy oraz czerwone usta. To niesamowite, jak bardzo się zmieniała. Zaniemówiłem na chwilę, ale nie nalegała.
– Dlaczego to robisz? Przecież praktycznie nic o tobie nie wiem. Poznałem cię dopiero kilka dni temu. Dziś wpadasz do mojego mieszkania tak po prostu. Z flaszką. I pomagasz mi. Poradzę sobie. Mimo wszystko jestem dorosłym facetem. Dlaczego to robisz?
Zabrała mi butelkę. Wypiła sporo i odłożyła na stół. Spojrzała na mnie. To nie było zwykłe spojrzenie. To było jak zebranie wszystkich spojrzeń w jedno. Patrzyła na mnie ze złością, miłością, rozczarowaniem i dumą jednocześnie. To było straszne i wspaniałe. Naraz.
– Teraz powinna powiedzieć coś w stylu: Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? – uśmiechnęła się lekko. – Właściwie to nie mam cholernego pojęcia! Nie wiem i chyba zaraz wyjdę…
– To zostaw flaszkę..
– Już wiem dlaczego. Bo jesteś taki jak ja. Męską wersją mnie. Trochę brzydszą oczywiście i nie z taką klasą, ale jesteś mną.
– Jestem wersją jakieś dziwnej panny, pracującej jako kelnerka, wyglądająca jak Amy po przeszczepie włosów, która włamuje się do cudzych mieszkań i upijających niewinnych ludzi. Dzięki.
– No dokładnie. I nie włamałam się, tylko weszłam głównymi drzwiami. Jesteś tak nierozgarnięty, że zapomniałeś zamknąć. Następnym razem wyniosę wszystko i sprzedam cyganom na rynku.
Po chwili uświadomiłem sobie jednak, że to strasznie kiczowate. Musiałem zrobić coś szalonego, niespodziewanego:
– [beeep]!
Krzyknąłem. Nikt się tego nie spodziewał. Tak, jak hiszpańskiej inkwizycji. Włożyłem ręce we włosy. To mnie w jakiś sposób uspokaja. Albo po prostu sobie tak wmawiam, tłumacząc sobie swoje głupie, dziecięce postępowania.
– Chcę być sam. – odparłem. – Jeśli będziesz chciała mnie jeszcze zobaczyć – przyjdź do mnie jutro.
– Nie mogę. Ja też już nie mam pracy i wracam do Nowego Yorku. Tam zostanę księgową albo rozgrywającą jakiegoś zespołu.
– Czyli już mnie zostawiasz? Ok. Rozumiem. Też muszę znaleźć jakąś prace.
– Jedź ze mną. Tam ponoć też jest praca.
– W Polsce też tak mówili.
– Więc lecę sama. Jutro mam samolot.
– Pojadę z tobą. Chcę zobaczyć jak rozbijasz się na starcie.
– Dobra. Ale chociaż zapłacz nade mną.
– Z przyjemnością.
Włączyliśmy Forze. Nigdy nie potrafiłem grać w tę grę. Kate zjechała mnie wręcz czterokrotnie.  Poddałem się i położyłem na sofie. Ona ciągle siedziała pochylona trzymając pada w ręku. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Bez słowa wstała i podeszła do drzwi. Złapała za klamkę.
– O 22 mam samolot. Podjadę po ciebie taksówką.
– Wolę jechać od razu od ciebie.
– O nie. Nie ma mowy, żebyś poznał gdzie mieszkam. Będę o dziewiątej.
– Aż tak się boisz, że naślę na ciebie Fbi?
– Tak. Tego się boje. I jeszcze kotów. Są jakieś dziwne. – Wyszła trzaskając drzwiami.
Usypiałem. W całym domu śmierdziało alkoholem, potem i, z niewiadomych przyczyn, kotem. Nie przeszkadzało mi to jednak. Sam praktycznie cały czas tak pachniałem. Ostatkiem sił włączyłem Stinga i położyłem się. Przez głowę przelatywały mi tysiące myśli. Od tych całkiem normalnych, typu “śledź w śmietanie” po zupełnie odjechane pokroju kucyka na koniu. Czad. Dość szybko zamknęły mi się powieki. Ostatnią rzecz jaką pamiętam było zdanie: I’m Englishman in New York. Dwie rzeczy, które dziś doświadczyłem. gruby Brytol i propozycja wyjazdu do NY. Nie chciało mi się myśleć nad wspaniałomyślnością tego utworu. Po prostu zasnąłem.
Obudziłem się o godzinie dziesiątej. Przynajmniej tak oszukiwał mnie mój telefon z bazaru. Nie miałem ochoty, aby cokolwiek zrobić. Po prostu leżałem i gapiłem się w ścianę. Chciałbym mieć teraz psa. Położyłby mi się teraz na brzuchu i irytująco głęboko oddychał rozszerzając gębę i durnie wytrzeszczając gały. Ale zamiast psa kupiłem sobie kiedyś ekspres do kawy. Chociaż nie szczeka, a budzi nie gorzej.
O jedenestej z łóżka wyrzucił mnie mój głód. Skubany zaczynał już burczeć tak głośno, że gdybym nagrał jego odgłosy, mógłbym wydać płytę dubstepową. Nie pamiętam co było dalej. I dobrze, bo nikogo to nie obchodzi. Ma pamięć wróciła o pierwszej, gdy ponownie do moich drzwi zapukała Kate.
– Jedziesz ze mną?
– Jadę.
– Kupiłeś kwiaty na moją śmierć?
– Nie chce mi się. Wolę spontanicznie zapłakać.
Wsiedliśmy do taksówki. Kierowcą był stary, siwy facet. Trochę przygruby. Wygląd pokroju Brayana Carnstona w Breaking Bad. Tylko on chyba nie miał raka. Albo nie sprzedawał mety. Ruszyliśmy w stronę lotniska. Kate wyglądała dziś jak Anne Hathway. Słodko, niewinnie i w lateksie. Oczywiście najpewniej nie był to lateks, ale przeglądanie blogów o modzie zwykle przegrywało u mnie w zajęciach w pracy z partyjką w Civilizacje. Ponownie cały jej makijaż robił uśmiech. Szeroki, szczery i prawdziwy.
– Będziesz tęsknić? – powiedziała, gdy mijaliśmy budynek jakiegoś hotelu.
– Za tobą? Nigdy. Za twoim darmowym alkoholem? Zawsze.
– Będzie mi ciebie brakować. Nawet jeśli poznałam cie kilka dni temu.
– Mnie ciebie również.
Ckliwie. Strasznie ładne słowo. A tak poza tym połączanie straszne i ładnie też brzmi zabawnie.
– Nadal nie znam twojego nazwiska. – przerwałem ciszę. – Nie żeby mi to przeszkadzało, ale gdybym musiał cię zabić za wydanie mnie policji za kradzież, to by mi to pomogło.
– Chcesz wiedzieć? Nie chcesz, żebym pozostała tylko tajemniczą nieznajomą?
Umilkłem. Przez głowę przeleciał mi scenariusz rodem z telenoweli lub filmu klasy d. Ale podobało mi się. Nieznajomi. Odepchnięci przez los. Wytraceni. Znalazłbym kilka chwytliwych napisów na plakat filmu. Wjechaliśmy w ciemną uliczkę.
– Dobrze więc. Będziesz Kate. Nieznana. Like a Rolling Stone.
– Musisz wszystko psuć porównaniami do muzyki?
– A nie lubisz Dylana?
– Kto mówi że nie.
Ponownie uśmiech. Go będzie mi najbardziej brakować.
Nagle coś uderzyło w samochód. Szybko i krótko, a następnie runęło na ziemię. Nasz niedoszły twórca narkotyków złapał się za głowę i zaczął mówić coś chyba po chorwacku, polsku i rusku. Wyskoczył z samochodu i wrzasnął. Zaczął biegać, krzyczeć, prawie płakać, wspominać o OC i kredycie na skrzypce. W tym czasie zdążyliśmy wraz z Kate wysiąść z miejsc i dojść do maski samochodu. Przed nią leżał mężczyzna. Ubrany w jeansy, czarną koszulkę oraz kurtkę ze skóry. Był nieprzytomny. Z tyłu głowy leciała mu krew. Koło niego leżał dość spory pokrowiec od gitary. Cały czas wokół niego biegał nasz Rusek krzycząc na całą okolice. Swoim działaniem zaciekawił kilka psów i bezdomnego. Podszedłem do niego.
– Niech się pan uspokoi i zadzwoni po karetkę! – krzyknąłem, ale nie działało. Jeśli ktoś chciałby definicje zdania: z uporem maniaka, to mógłbym mu pokazać tego kolesia. Skakał, krzyczał i wręcz płakał. Dlatego też uderzyłem go w twarz, aby się uspokoił. Jak na filmach. Profilaktycznie. Niestety nie oglądaliśmy chyba tych samych filmów. Nasz pan taksówkarz, zamiast ogarnąć się i bohatersko zadzwonić po pogotowie, po prostu zemdlał. Padł obok kolegi we krwi. Spojrzeliśmy na oby nieszczęśników i przyjżeliśmy się im. Bylibyśmy słabymi ratownikami na plaży. Sprawdziłem puls pana od gitary. Był słaby, ale stały. Spojrzałem na Kate. Stała tak samo jak zawsze. Wydawałoby się, że w ogóle nie przejmuje się tą sprawą. Pech chciał, że cała akcja wydarzyła się praktycznie pod mostem, gdzie nikogo nie ma i nie było nikogo, kto by nam mógł pomóc. Do dziś nie wiem dlaczego pojechaliśmy tą drogą.
– Umiesz prowadzić taksówkę? – zapytałem wstając po oględzinach pacjenta.
– Znowu chcesz mnie wrobić w czyn karalny?
– Taki już jestem. Niebezpieczny.
Z trudem wpakowaliśmy naszych klientów na tylnie siedzenia. Wyglądali po prostu jak pijaki z Woodstocku. Gitarę wrzuciliśmy do bagażnika i pojechaliśmy w stronę najbliższego szpitala.
– Prowadziłaś kiedyś taksówkę? – zapytałem, gdy już przejechaliśmy dwie przecznice.
– Nie, ale zawsze o tym marzyłam. Dwój pijaków na tylnim siedzeniu, ja, samochód i ulica. Czego tu nie kochać.
Resztę drogę spędziliśmy w milczeniu słuchając dziwnej stacji muzycznej z hiszpańskimi piosenkami. Niestety radia taksówkarzy są zaprojektowane w taki sposób, aby tylko oni wiedzieli jak zmienić stacje. Coś jak Gwiazda Śmierci. Pewnie tutaj również wystarczy jeden statek i trochę mocy.
Gdy dojechaliśmy na miejsce podeszło do nas dwójka sanitariuszy i zabrała naszych nieszczęśników. Obyło się bez większych pytań o numer buta czy ilość bułek na śniadanie. Chwalmy amerykańską opiekę zdrowotną. Dopiero gdy wróciliśmy do taksówki po swoje rzeczy przypomnieliśmy sobie i gitarze w bagażniku. Nie chciało nam się jednak tłuc po tych wysterilizowanych korytarzach, więc po prostu zabraliśmy ją ze sobą.
– Jedziesz na to lotnisko? Jak chcesz, to kupię ci te kwiaty. – powiedziałem, gdy zamknęliśmy klapę bagażnika.
– Nie. I tak nie zdążę. Mogę spać u ciebie? Oddałam już klucze.
– Dobrze, ale znasz zasady. Bez alkoholu nie wejdziesz.
– Zahaczymy o monopolowy.
Odeszliśmy z gitarą. Nie chcieliśmy już taksówek. Wystarczy na dziś. Odeszliśmy nie wiedząc jak ważną rzecz trzymałem w ręku i jeszcze wtedy nie zdawaliśmy sobię sprawy, że w tym skórzanym pokrowcu leży rzecz, która na zawsze zmieni nasze życie. Jednak nie było czasu, aby zabić jutro.

Rozdział III

Symphony of Destruction

Noce nigdy nie są takie, jak w naszych wyobrażeniach. Zawsze są jakby ciemniejsze, zimniejsze i bez tych pieprzonych wilkołaków w środku miasta. Cholerny Zmierzch pozostawi zmazę na całe życie. Gdy tylko wróciliśmy do domu Kate poprosiła mnie tylko o koc i miejsce na kanapie. Liczyłem na to, że sam będę ją ogrzewał. Niestety, musiałem zostać ostatnim romantykiem i zrobiłem co chciała. Rano wstała pierwsza. Cóż, trudno wstać po mnie, jeśli wstaje się, gdy słońce zaczyna już zachodzić. Zrobiła mi śniadanie i z uśmiechem na twarzy zaprosiła mnie do stołu. Ponownie grzecznie spełniłem jej propozycje.
– Co teraz zrobisz? – zapytałem, gdy Kate smarowała sobie tosta masłem. Bardzo skąpo i starannie. Perfekcyjnie wypełniając każdy kawałek.
– Zarezerwuję bilet na inny lot. Co mam zrobić innego?
– Czy nie uważasz to za znak? Pijany człowiek na drodze. A co, jeśli to był Jezus, który przez przypadek zmienił wodę wino w swoim żołądku? On chciał cię powstrzymać!
– A 11 września był znakiem, że należy budować mniejsze wieżowce..
– Wiedziałem, że nie tylko ja tak myślę!
– James. – odłożyła tosta. Nawet nie zdążyła go ugryźć. – Naprawdę doceniam twoją troskę, ale nic nie tu nie trzyma. Lecę do Nowego Jorku.
– A jak cię przywiążę, to coś cię będzie trzymało, czyż nie?
Uśmiechnęła się. Nie wiem dlaczego chciałem, aby ze mną została. Chyba się trochę przyzwyczaiłem do niej. I jej darmowego alkoholu.
– Jeszcze o tym pomyślę. – powiedziała i nareszcie wbiła zęby w czerstwy chleb.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Nikt nie jest na tyle głupi, aby wchodzić do mnie o tej porze. Wiedzą o tym nawet listonosze. Niestety morał był z tego był taki, że codziennie biegałem z awizo na pocztę. Wstałem i otworzyłem drzwi. Moim oczom ukazał się wysoki facet w jeansach, skórzanej kurtce i okularach przeciwsłonecznych Żując gumę powiedział:
– Pan jest tym facetem, który odwiózł Andyego Stara do szpitalu po potrąceniu przez taksówkę?
– Nigdy nie piłem proszę pana. Mam obie nerki i nigdy nie obraziłem prezydenta. No dobra, może raz. Ale przesadził z tym żartem o rudych feministkach.
– Nie o to pytam. – przeniósł jednym ruchem gumę z jednej strony na drugą. Też tak umiem. – Mogę wejść?
– A kim pan jest? Jehowi potrafią już wykorzystywać sytuacje rodzinne, aby wpakować się do domu?
– Jestem z policji, proszę pana. – zdjął okulary. Teraz wyglądał jeszcze straszniej. Jak drążek skrzyni biegu w wersji kilkanaście razy większej. Dziwne porównanie, wiem,
Wpuściłem pana do środka. Cóż, nawet jeśli chciałby wejść siłą, to sądzę, że mój opór byłby niewielki. Tak mały, że w fizyce nazywałoby się go pomijalnym. Wszedł do kuchni, gdzie siedziała Kate oblizując palce po resztkach dżemu.
– Pani również była przy tym nieszczęsnym wypadku? – zapytał stojąc przed dziewczyną.
– Chyba musiałam, skoro jednak się urodziłam.
– Zapytam jeszcze raz. Była pani na miejscu zdarzenia, gdy doszło do potrącenia Andgiego Stara?
– Jak z The Killers! Niezłe nie?
– też o tym pomyślałem! – podszedłem i dałem jej “żółwika”
– Proszę zamknąć! – warknął policjant. – Nie jestem tu, aby się śmiać. Jestem tu, bo człowiekowi stała się krzywda, a moim zadaniem jest dowiedzenie się jak to się stało oraz odzyskać skradzione przez Państwa rzeczy.
– Jakie skradzione rzeczy? – odparłem ze zdziwieniem. – Nigdy niczego nie ukradłem.
Kate spojrzała na mnie z uśmiechem. Tak. Kamera. Ale przecież oddałem. (Nie, nie oddałem.)
– Chodzi o niejaką gitarę. Mają ją państwo? Bo jeśli tak, to ja ją po prostu zabiorę i nie będę przeszkadzał w miłym śniadaniu.
– Już dawno przestało być miłe. – powiedziała Kate. – Dżem się skończył.
– Macie ją czy nie? – brnął z uporem maniaka. Twarz mu się zaczerwieniła. Widać mu było żyły na czole.
– Spokojnie. – odparłem, lekko. – Najpierw chciałem zobaczyć pana odznakę. Niestety ten strój nie wygląda mi na mundur. Raczej na kostium emerytowanych hydraulików-kasanowy.
– To proszę zobaczyć moją odznakę.
Podszedł do Kate sięgając do kurtki. Szybkim ruchem wyciągnął z niej rzecz. Nie był to jednak kawałek blaszki z pięknie wygrawerowanym znaczkiem PD. Ale był to również metal. Tylko trochę ostrzejszy. Koleś bowiem miał w ręku nóż. Jednym krokiem złapał Kate za szyję i odwrócił w moją stronę przytrzymując jej ostrze na gardle.
– Mam tego kurwa dość! – krzyknął wręcz nie swoim głosem. – Daj mi do cholery tę pieprzoną gitarę a nikomu nic się nie stanie!
Podniosłem powoli ręce do góry. Próbowałem uspokajać napastnika wzrokiem, ale na niewiele to się zdało. Nigdy nie byłem dobry w te sztuczki.
– Widzę, że w policji są cięcia. – odparłem powoli. Chciałem rozładować napięcie. – Dawać na akcję tylko nóż.
Facet lekko pochylając się pokazał pistolet u boku. Coś mi nie wyszło.
– Dobra. Spokojnie. Już idę po gitarę. Tylko bez gwałtownych ruchów, bo sąsiedzi nie lubią, gdy się bawię w Agatę Christie.
Poszedłem do drugiego pokoju, gdzie poprzedniej nocy zostawiłem pokrowiec. Złapałem go nienaturalnie i wróciłem do naszego pseudopolicjanta.
– Oto pokrowiec. Jak chcesz mogę dołożyć do niego pasek i kostki.
– Nie. Po prostu połóż go na podłodze.
Chciałem to zrobić, ale w jednej chwili wydarzyło się zbyt wiele rzeczy. Kate jednym ślizgiem szarpnęła uścisk i lekko uchylając głowę krzyknęła:
– Teraz!
Mój nienaturalny chwyt przydał się. Wystarczyło, aby zakręcił nadgarstkiem, a ciężki pokrowiec wylądował na głowię napastnika ze sporym hukiem. Nagle poluźnił chwyt, a Kate uciekła spod niego. Zachwiał się lekko, lecz ciągle stał na nogach trzymając nóż w ręku. Szybko jednak rzucił go na ziemię i wyciągnął pistolet. Przynajmniej chciał. Jest bowiem jedno miejsce, po którym człowiek przestaje wykonywać jakiekolwiek czynności i skupia się na niemiłosiernym bólu. Kate swoim zwinnym obcasem zasadziła kolesiowi w kroczę. Ten, czując zapewne wielkie skręty brzucha złapał się za spodnie. Bez zastanowienia pochwyciłem nóż ze stołu i trzy razy dźgnąłem w brzuch. To było straszne uczucie. Czułem, jak ostrze przebija się przez skórę i wewnętrzne narządy. Jak krew zbiera się na moich rękach. Jak z oczu ucieka dusza. Jak mordowałem człowieka. Po trzecim dźgnięciu zostawiłem nóż w ciele. Nie miałem siły go wyciągać, chociaż adrenalina osiągnęła wtedy maksymalny poziom, a moje żyły prażyły od gorąca. Nóż, którym jeszcze nie tak dawno Kate smarowała swój chleb był wbity teraz w wątrobę człowieka. I to ja to zrobiłem. W powietrzu czuć było zapach popcornu.
Niedoszły gangster runął bez życia na ziemię. Z otwartymi ustami i oczami krwawił. Zostawiał kałuże brudnej krwi zabarwione moim potem i niewidzialną wściekłością. Czerwona ciecz zalala lekko gitarę. Chwyciłem ją i odstawiłem na bok. Wtedy pierwszy raz spojrzałem na Kate. Była cała mokra i oddychała głęboko. Oczy miała wytrzeszczone jak lampy samochodowe. Nic nie powiedziała. Nie mogła skupić się na niczym innym jak oddychanie. Podszedłem do niej. Objąłem ją bez słowo. Staliśmy tak jakiś czas. Pobrudziłem ją krwią. Krwią zabitego człowieka. Po dłuższej chwili puściłem ją. Spojrzałem w oczy. Były już spokojne. Normalne. Nie pokazywały nic. Uśmiechnąłem się mimo woli i powiedziałem:
– Cholera. Lubiłem ten nóż.

Rozdział IV

Dead and Gone


Już miałem kupić sobie bilet do nowego życia, gdy okazało się, że lotnisko zostało zamknięte. W takich chwilach do głowy przychodzą tylko myśli z Maxa Payna. Długo siedzieliśmy na podłodze. Oddychaliśmy bardzo głęboko starając nie patrzeć w stronę trupa. Chyba trupa. Żadnemu z nas nie chciało się sprawdzać. zresztą, nie wiem z czego musiałby być zrobiony człowiek, aby przetrwać trzy rany od noża. No chyba, że pochodzi z Rosji.
Trwało to wieczność. Nasze oczy wpatrywały się martwo w podłogę. Dopiero telefon zerwał nas z letargu osłupienia. Była to komórka naszego delikwenta. Bałem się odebrać. Był to dzwonek Rolling Stones. Zacząłem go lubić. Spojrzałem na numer. Zastrzeżony. Odebrałem przełykając ślinę. Nie odezwałem się ani słowem.
– Masz towar? – powiedział głos w słuchawce z latynoskim akcentem.
Nadal milczałem.
– Dalej, odpowiadaj Diego, bo nie będę czekać. Wiesz, że nie możemy więcej czekać.
Ponownie przełknąłem ślinę słysząc, jak płynie mi wzdłuż szyi.
– Dobra. Nie to nie. Wiesz co robić dalej, pajacu.
Rozłączył się. Odetchnąłem z ulgą i upadłem na podłogę. O dziwno bardzo mnie to wszystko zmęczyło.
– Co teraz zrobimy? – zapytała Kate gdy otworzyłem oczy i spojrzałem na nią.
– Pójdziemy do X Factor i zaczniemy śpiewać szanty. Co ty na to? – odpowidziałem zaciskając zęby. – A co do cholery mamy zrobić?! – nie wytrzymałem. Krzyczałem jak najęty. – Właśnie zabiłem człowieka! Tak po prostu! Wybacz, ale nigdy tego nie robiłem i nie mam pojęcia co się teraz robi! Nie uważałem na filmach, gdy były te sceny, bo zwykle wtedy tuliłem się do koleżanek!
Oddychałem głęboko. Głos zapadł mi się w gardle. Patrzyliśmy na siebie mając między nami martwego człowieka. Którego zabiłem.
– Musimy wyjść stąd – Kate przerwała milczenie – na świeże powietrze. Odetchnąć. Chodź.
Wstaliśmy zostawiając wszystko jak było. Bardzo chciałem się wtedy obudzić. Niestety wszystko wyglądało normalnie. W pokoju jak zwykle bałagan, ja śmierdzę tanim płynem pod prysznic, a Kate jest ubrana.
Wyszliśmy na ulicę. Nic się nie zmieniło, choć wydawało mi się, że ludzie patrzą na mnie inaczej. Teraz myślę, że to tylko urojenia.
Poszliśmy w stronę parku. Usiedliśmy na ławce. Przed nami dzieci biegały krzycząc do siebie teksty na poziomie gimnazjum. Wszystkie takie głupie i brzydkie. Nawet rude. Chciałbym mieć wtedy broń.
– Musimy pomyśleć. – przerwała mi moje psychopatyczne myśli. Zatrzymałem się na M4 bez dodatków. – Co teraz zrobimy? W twoim mieszkaniu jest martwy człowiek.
– A Cyganie kradną koty. Powiedź mi coś, czego nie wiem.
– Wiesz o tym, że musimy zadzwonić na policje?
– Wiem. Ale nie chcę. Znając moje szczęście trafię na wrednego, brzydkiego komendanta, który wpakuje mnie do aresztu z murzyn bez mydła.
– Trzeba to wyjaśnić. Działałeś w obronie własnej. Nic Ci nie zrobią.
– Oczywiście. Głodny jestem. Chcę przed skazaniem zjeść dobrego pączka. Bez uważanie na grubą dupę.
– Już masz grubą dupę.
– Fakt.
Poszliśmy w stronę cukierni. Kupiłem największego pączka i zjadłem go łapczywie. Morderstwa zwiększają apetyt.
Gdy wróciliśmy do mieszkania doznaliśmy szoku. Ciała nie było. Wszystko zostało dokładnie wysprzątane i ułożone. Nawet plamy z krwi wyglądały jakby ktoś rozlał wino. Na środku leżała tylko karteczka. Mała, biała wizytówka.Było na niej jedno zdanie zapisane Helveticą. Jedno bardzo wymowne zdanie: Come as You Are.

Rozdział V

 Come as You Are

“As you were. As I want you to be.” Moja dusza mimowolnie dokończyła. Ponownie usiadłem na podłogę starając się zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Jeszcze rano byłem zwykłym, szarym mieszkańcem tego jakże strasznego miasta jakim jest Los Angeles. Ja. James Cort. Syn Alison i Rogera Cortów. Dziś morderca, szaleniec i przystojniak. Dobra, zawsze byłem przystojny. I skromy.

– Widać znasz kogoś, kto lubi kolekcjonować ciała oraz cytować Nirvane – powiedziała Kate, gdy zamknąłem oczy.
– Wszystkich których znam lubią Nirvane.
– W takim razie mnie nie możesz znać. – uśmiechnęła się. Złowrogo.
– Nie lubisz Nirvany? – zapytałem otwierajac oczy.
– Nie zrozum mnie źle. Grają spoko, ale wyglądali jak żule po sterydach, którzy pierwsze pieniądze nie stracili na wódke i wydali na gitarę.
– Nie odzywaj się przez chwilę. – dłonią nakazałem jej milczenie. Zraniła mnie trochę, ale wyglądała, jakby żałowała tego, co powiedziała. Dobrze jej tak. Suka.
– Jest tylko jedno miejsce, które kojarzy mi się z tym zdaniem. – przerwałem ciszę. – Aberdeen w stanie Washington. Jakieś tysiąc mil stąd.
– Masz zamiar tam jechać? – zapytała pani-nie-lubie-grunge-bo-so-brzytcy.
– A mam inny wybór? – wstałem i zrzuciłem z ramienia nieistniejący pyłek. – Co innego mam zrobić?
– Zadzwonić po policje? Iść do psychiatry? – pytała drwiąco. – Właśnie zabiłeś człowieka, a zachowujesz się, jakby nic się nie stało! – teraz już krzyczała. – Musisz to komuś powiedzieć!
– Masz racje. Uważaj, bo coś ci powiem: Zabiłem człowieka! – ostatnie słowa wykrzyczałem. – Zamordowałem, a on po prostu zniknął! Jebany Houdini. Powiem na policji: przyszedł do mnie jakiś facet i gdy spytał się o gitarę wziąłem dźabnąłem go nożem. Super. A potem przyszły oddziały SWAT królików i zjedliśmy po marchewce i zaczęliśmy śpiewać Janis Joplin! – spociłem się trochę, a żyły na moim czole uwidoczniły się.
– Już dobrze. – powiedziała to w sposób bardzo relaksujący. Moje żyły wróciły na miejsce. – Wygląda na to, że czeka nas podróż śladem legendy muzyki.
– Czyli jednak go lubisz!
– To był sarkazm.
– Gówno prawda.

Zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Czyli kanapki, szczoteczkę do zębów (tak, jedną. za to mieliśmy owocową pastę) oraz wódkę. Mogliśmy ruszać w drogę liczącą ponad tysiąc mil moim starym fordem, który śmierdział kotem oraz zużytymi husteczkami do czyszczenia okularów. W schowku była tylko płyta najlepszych hitów Guns n’ Rosses, którą po zobaczeniu Kate wyrzuciła za okno, więc zostaliśmy zdani an łaskę okolicznych stacji radiowych, które grały na przemian Justina Bibera i One Direction. Nie wytrzymaliśmy i po jakiś pięciu (albo 30 sekundach) minutach jechaliśmy w ciszy. Właściwie nie zdążyliśmy opuścić miasta.
Po pół godzinie zaczęliśmy rozmawiać. O dziwo zaczęła sama Kate.
– Tak mało o sobie wiemy. Właściwie nie wiemy o sobie nic.
– Więc pytaj. – odpowiedziałem skręcając w ulice i pokazując językm kolesiowy, któremu zajechałem drogę. Chyba pokazywał mi obrączkę ślubną. Dziwne. Na środkowym palcu. – Co chcesz o mnie wiedzieć?
– Na początek – jakie miałeś dzieciństwo.
Chciałbym wtedy palić. Mógłbym otworzyć okno, oprzeć łokieć i lekkim dymkiem chucnąć w nią mówiąc: To nie są droidy, których szukacie. Albo inny epicki tekst. Ale byłem uczulony na nikotynę, a poza tym za bardzo szanowałem swoje żeby i portfel.
– Chciałbym powiedzieć, że miałem trudne dzieciństwo. – poprawiłem ręce na kierownicy – Zabrzmiałbym o wiele lepiej, a ty myślałabyś: och, jak taki biedny szczeniaczek! Przytulę go do piersi. Ja płakałbym ci w dekolt mówiąc, jak ojciec dużo pił, a matka sprzedawała narkotyki na meczach Jankesów. Ale tak nie było. Miałem spokojne dzieciństwo ze zwykłymi przygodami. Kilka razy wylądowałem na komisariacie, raz prawie podpaliłem kolegę, obserwowałem koleżanki na wfie oraz kradłem cista z parapetów sąsiadów. Normalne, życie chłopaka.
Nastała chwila ciszy. Nie wiem czego ode mnie oczekiwała. Po chwili jednak podjęła dalszą rozmowę.
– Więc skąd u ciebie picie, imprezy i dziewczyny? Te skłonności samodestrukcyjne?Do placków sąsiadów dodawano narkotyki?
– Szczerze mówiąc wszystko przez muzykę. Jako jedyny z moich znajomych miałem tak wyrafinowany gust muzyczny. Gdy inni słuchali durnej papki z radia ja szukałem swoich idoli. David Bowie, Jimi Hendrix czy Kurt Cobain, do którego miejsca urodzenia właśnie zmierzamy. Zacząłem szukać kolegów, którzy interesowali się tą samą muzyką. Szukać forum, jeździć na koncerty. W ten sposób poznawałem ludzi. Dużo dziwnych ludzi. Zacząłem pić. Zacząłem brać narkotyki. Zacząłem pisać. W ten sposób lekko się stoczyłem. Na całe szczęście w odpowiednim momencie ogarnąłem się, gdy leżąc na pół nagiej lasce, która właśnie wymiotowała mieszaninę anfetaminy i sałatki greckie, zrozumiałem, że ja nie chce taki być. Że chcę wrócić do tego co kocham, co de facto mnie tutaj sprowadziło. Do muzyki i pisania. – nacisnąłem gaz do dechy. Oczy miałem jak za mgłą. Właściwie była wtedy mgła. – Tego dnia wstałem, zabrałem hajs dla dziwek, który leżał na stole i wyszedłem. Wróciłem do domu, gdzie rodzice cały czas myśleli, że jestem na obozie naukowym i powiedziałem im, że będę pisał. że kiedyś napiszę książkę, a do tego czasu będę pisać o muzyce. Dwie rzeczy, które kochałem.
Przejechaliśmy w milczeniu z trzy kilometry. Myślałem cały czas co mógłbym powiedzieć, lecz nic do mojej skacowanej i przepełnionej goryczą głowy nie przychodziło. Na szczęście nie musiałem pytać.
– Moja mam zmarła, gdy miałam sześć lat. Rak piersi. – niespodziewanie powiedziała Kate.
– Przykro mi – burknąłęm cicho. Nie lubiłem tego sztucznego dawania kondolencji.
– Zamknij się! Nie, nie jest Ci przykro!
– Masz racje. Mam to w dupie.
– Teraz mówisz jak człowiek. – uspokoiła się. Poprawiła ręką włosy uśmiechając się. – Wychowywał mnie ojciec. Był dla mnie dobry. Opiekował się mną i dbał o wszytko, ale mnie nie rozumiał. Ja chciałam grać. Chciałam kochać. Chciałam jeździć po świecie. On chciał, żebym została prawnikim, lekarzem albo innym śmieciarzem. Chciał chwalić się mną przed znajomymi, że jestem piękna, mądra i wspaniała – jak jego żona, moja mama. Tęsknił za nią. Chciał ze mnie zrobić drugą Faith. Ale ja nie byłam gotowa. Czułam, że moje przeznaczenie leży gdzie indziej. Nie w książkach, ale na koncertach, imprezach i ramionach mojego ukochanego. Mój ojciec nie mógł sobie poradzić ze stratą matki, lecz gdy jeszcze bardziej się od niego odwróciłam popadł w paranoje. – znowu cisza. Nie ponaglałem. Zwolniłem nawet, aby mogła patrzeć przez szybę na mijające drzewa za mgłą. Mnie to pomagało.
– Zabił się. Rozumiesz?! – Kate popłakała się. Łzy ciekły jej niczym biegnące gimbusy na autobus w piątek. Zawiesiła bezwładnie głowę. Nie wydała żadnego dzwięko. Słychać było tylko szum mijających nas samochodów, gdyż zacząłem zwalniać i zjechałem na pobocze. Ona chyba nawet tego nie zobaczyła. Dalej siedziała opierając głowę o ręce trzesąc tylko czasem głowę, aby wypuścić łzy z potrzasku dłoni. Podniosła twarz. Spojrzała na mnie przeszklonym wzrokiem. I zrobiła coś, czego bym się nie spodziewał po człowieku w takim stanie. Uśmiechnęła się. Zaczęła wręcz wyć ze śmiechu. Łzy ciągle ciekły jej po policzku, a ona się śmiała. Nie zrozumiem nigdy kobiet. Są dziwne.
– Ten debil się zabił! Rozumiesz to! – nie mam pojęcia jak to powiedziała. Chyba już wtedy pokładała się ze śmiechu. – Bo “nie mógł się dogadać z córką”! – pokazała cudzysłów gestem. – W takich sytuacjach idzie się do reality show, dzieci się godzą, dostają kosz słodyczy od sponsora i idzie się do domu! Nie bierze się pistoletu i nie strzela się w łeb! – ostatnie słowa wykrzyczała. Znowu zaczęła płakać. Nie wiedziałem co zrobić. Nie oglądałem tych wszystkich seriali. Jedyne co mi przyszło do głowy to słowa: “przytul ją baranie!”. Ale zamiast tego powiedziałem:
– Skurwesyn, nie?
Pomogło. Kate ponownie roześmiała się. Otarła łzy i spojrzała na mnie. Ciągle miała nieobecny wzrok, ale już nie pełen pytań i sprzeczności. Miała wzrok jak szczeniak, który wrócił do domu z ulewy na którą został wyrzucony za nasikanie na dywan. Nie wolno obwiniać szczeniaka za to, że się zsikał.
– Przytulić cię może? – powiedziałem w końcu. Nie liczyłem na żadną reakcje.
– Umiesz tulić coś, co nie jest butelką whiskey? – zapytała przecierając palcem po powiece.
– Nie wiem. Nie próbowałem.
Roześmiała się i przysunęła się w moim kierunku. Ja również to uczyniłem. Nasze przytulenie było komiczne i zasługiwało na Malinę roku za najgorszą scenę erotyczną. Mokry, śmierdzi, a mnie wbijał się drążek zmiany biegu w tyłek brzuch. Jednak wytrwałem. Bo było mi miło. I tak ciepło.
– Jedziemy? – zapytałem gdy poczułem, że już wystarczy. Tyle ciepła nie miałem od czasów, gdy jako jedyny z naszej grupy miałem hajs na wódę.
Kate spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
– Jedziemy. Mamy w końcu trupa na sumieniu.
Faktycznie. A prawię zapomniałem.

Ruszyliśmy po kolejnych chwilach ciszy. Włączyliśmy radio i zaczęliśmy szukać czegoś, co nie było dubstepem. Znaleźliśmy stację na której cudem leciał Pink Floyd. Rozsiadaliśmy się wygodnie i jechaliśmy dalej. Jechaliśmy około pięciu godzin. Nie wiem czego oczekiwałem na miejscu. Wielkiego, oczojebnego neonu nad domem mówiącego: Tutaj jest kurwa, twoje przeznaczenie debilu czy lasek na rurach i bujających się samochodów. Nie miałem najmniejszego pojęcia. Jechałem. I to było najpiękniejsze. Uciec od tego świata, jednocześnie będąc w nim. Więc uciekałem od siebie. Tam, w Californi, zatraciłem swoją duszę. Jechałem, aby zdobyć nową. Może gorszą, może lepszą. Ale taką, z którą mógłbym rano wstać, spojrzeć w lustro bez odruchów wymiotnych i powiedzieć: Brawo debilu, znalazłeś siebie. Potem wrócić do swojej pięknej dziewczyny i obudzić ją zapachem truskawek. Mieć w portfelu tylko kostkę gitarową. I kochać ten świat. Kochać życie. I żyć. Żyć tak, abyś to nie ty pracował dla świata. Aby to świat pracował dla ciebie. Śmiać się z gwiazd, pokazywać środkowy palec górą. I jechać nie czując oddechu monotonii na szyi, tylko jej zapach oraz usta na karku szeptające: Kocham Cię.
Niestety, ja miałem na sumieniu jednego człowieka, a Kate nie wyglądała na taką, która chciałaby teraz lizać mnie po szyi. Jechaliśmy więc w milczeniu wsłuchując się w słowa High Hopes. O pieprzona ironio.

Zapadał wieczór a my może przejechaliśmy pół drogi. Około godziny dziesiątej dałem sobie spokój i postanowiłem zatrzymać się gdzieś na poboczu osławionej drogi numer pięć. Zatrzymaliśmy się na poboczu. Zjedliśmy ostatnie kanapki z szynką i jajkiem oraz dopiliśmy pepsi. Nie odzywaliśmy się do siebie. Jedliśmy tylko słuchając Wish you were here. To był chyba jakiś wieczór z Pink Floyd. I dobrze. Wole ich niż stęki lasek z tłuszczem z ud przeniesionym do piersi. Postanowiłem jednak przerwać milczenie.
– Nie musiałaś ze mną jechać. – powiedziałem odkładając termos z logiem Kiss. Wiem, profanacja. – Mogłaś jechać do tego Nowego Jorku i żyć spokojnie. Nie wydałbym cię. Przyjaciół w zbrodni się nie kapuje.
– Czułam, że muszę. – spojrzała na mnie delikatnie. Jakby się bała. – Może to głupie, ale wydaje mi się, że muszę z tobą jechać. Poznać swoje przeznaczenie czy inne gówno, które teraz nade mną wisi i śmieje się ze mnie.
– Masz racje. To głupie.
I znowu cisza. Kiedyś lubiłem nic nie mówić. Oznaczało to dla mnie, że jestem mądrzejszy od tego drugiego i on bał się rozpocząć rozmowę. Teraz jednak chciałem pozmawiać. Potrzebowałem tego. Lecz nie mogłem nic powiedzieć. Nie chciałem jej speszyć. Po chwili patrzenia w ciemność postanowiłem, niczym w tanich filmach romantycznych, gdzie chłopak z dziewczyną przyjeżdżają pożyczonym autem ojca nad kanion, gdzie pierwszy raz się całują, że podejmę rozmowę. Niewinną, bez podteksów i ścierpniętego ramienia.
– Kiedy byłem młodszy zawsze chciałem pojechać do tego miasta. Kiedyś Curt był moim mentorem. Chciałem pojechać tam i zobaczyć, gdzie urodził się mój idol. Z jakimi laskami chodziło, gdzie ćpał, gdzie brał w piłkę. Nie sądziłem jednak, że pojadę tam pchnięty takimi wydarzeniami.
Nie podziałało. Kate dalej siedziała i tylko uśmiechnęła się lekko, lecz bardziej z grzeczności. podałem jej koc, rozłożyliśmy fotele. Poszliśmy spać bez ekscesów z tych komedii romantycznich znad kanionu. Ale może to dobrze.
Obudziło nas słońce. Zjebany znowu wstał pierwszy i budzi wszystkich tym wkurzającym blaskiem niczym psu jajca. Nie znoszę lekko tego porównania. Jest wielce nietaktowne, ale jakże pasujące do obecnej sytuacji. Do dupy, zimno oraz brzydko. Kate jeszcze błogo spała. Nie chciałem jej obudzić, więc włączyłem silnik i pojechałem przed siebie. Nie myślałem. Może to dziwne, ale przynajmniej było mi dobrze. Choć przez chwile nie myśleć co będzie później. Jechać. Spełniałem swoje marzenie. Tylko ta kobieta obok mnie. Nie znałem jej. Nie wiedziałem nawet jak się nazywa. To w gruncie rzeczy było strasznie ekscytujące. W nieznane z nieznajomą. Zapewne nie jednen reżyser zrobiłby z tego słaby i brzydki film drogi z Segalem. Było coraz ciekawiej. A to miał być tylko początek.
Obudziła się po godzinie jazdy. Przetarła ręką po zmeczonych powiekach i podniosła fotel. Ciągle nieobecnym wzrokiem spojrzała na mnie.
– Dzień dobry. – zatrzęsła się lekko. – Długo jedziemy?
– Na tyle długo, że zdążyłbym Cie zabić, ugotować i zjeść z pieczonym śledziem. Ale nie mogłem tego zrobić. Tak słodko spałaś.
– Zboczuch. – odwróciła się i spojrzała przez szybę.
– Zawsze do usług. – uśmiechnąłem się do siebie i przycisnąłem pedał gazu. – Głodny jestem. Gdy przestaniesz się obrażać chodź na jakiegoś kebaba.
– Może cię to zaboleć, ale nie lubię kebabów.
– Całe szczęście. Ja też nie znoszę.
Zatrzymalismy się w jakimś przydrożnym barze. Było wcześnie, więc ludzi, prócz jakiegoś kolesia załatwiającego swoją potrzebę za drzewem, nie było. Bar był do bólu amerykański i rockowy. Nad wejściem wisiał napisz: Welcome to the jungle przepasany amerykańską flagą. Nie wiedziałem do końca, czy jest to profanacja, czy szacunek po tym, co prezentuje Axl ze swoim grubym brzuchem. Pierwsze co mogliśmy zobaczyć po wejściu do środka był dym. Drugi zmysł, który został włączony był słuch – z głośników bowiem leciał ZZ Top – La Grange. To wszystko, co nasze zmysły były w stanie dostrzec. Sądzę, że tak wyglądałby Hard Rock Cafe, gdyby prowadziliby je pasjonaci lub górnicy. Tylko lasek nie widziałem, ale przysiąc nie mogłem, że ich tam nie było. Dotarliśmy do pierwszego stolika i usiedliśmy. Złapaliśmy za kartę przeglądając dania. Nie znaleźliśmy nic nienormalnego, więc zdecydowaliśmy się zamówić po hamburgerze i cole. Podszedłem do majaczącego w dymie tytoniowym, czy cholera wie jakim, baru. Po chwili podszedł do mnie stary, gruby, siwy facet z wąsem. Aby lepiej go zobraować napisze tyle: Wyobraźcie sobie połączenie Keitha Richardsa z posążkiem buddy z długą brodą. Oto on!
– Co wy tu kurwa tak wcześnie robicie, dzieciaczki?! – zapytał czyszcząc kufel brudną od tłuszczy szmatka. Chyba nie wyczyścił.
– Szukamy czerwonego kapturka, doktorku. – powiedziałem spoglądając na Kate, która najwidoczniej jeszcze spała oparta o blat. – Niezła muza. Własny pomysł?
– Oczywiście, że własny do cholery! Miałem dość tych pedałowatych restauracji, w których kucharze mają za małe jaja, aby napluć im nawet do zupy! Tylko: “dobrze proszę pana”, “już donoszę” albo “przepraszam za tego spedalonego kelnera, ale on jest jeszcze pojebany”. – te cytaty powiedział bardzo wysokim tonem. – Wziąłem więc moje płyty i wyjechałem na to zadupie. Wole tutaj gnić z paroma klientami dziennie w rytm dobrem muzy, niż chodzić w obcisłych sweterkach i fartuszkach w jakieś restauracji, która bardziej szanuje gwiazdeczki na półce niż pasje i najedzony brzuch.
– Ta skóra też musi być przecież obcisła. – pokazałem palcem na jego ramoneskę oraz ledwo widzialne spodnie.
– Są, jak cholera. Ale tylko na początku. Wystarczy posypać po dupie pudrem i jakoś wchodzą. Niestety, kupiłem kiedyś cholera kilka par za małych i teraz muszę się z tym męczyć.
Uśmiechnąłem się, a w tle zaczął lecieć AC/DC ze swoim Back in Black.
– Dobra, zrobisz mi hamburgery, czy będziemy tak gadać o twojej grubej dupie. – polubiłem gościa. Widać, że miał swoją pasje, którą łączył i się przy tym cieszył. – Tylko nie napluj mi do nich, ok?
– Zastanowię się. Coś jeszcze dla twojej ślicznej koleżanki?
– Tak. Cole. I nie włączaj Nirvany, bo się wkurwi. Chyba, że lubisz takie laski.
– Korcisz mnie tym, stary. – potarł dłońmi i uśmiechnął się – Dobra, idę zabić tego kota na hamburgera. Jakby coś zaczęło piszczeć, a potem śmierdzieć, to znaczy, że szukam spirytusu. Chowam go przed sanepidem w kotłowni.
Wyszedł na zaplczecze kręcąc swoją grubą dupę w rytm refrenu. Fajny koleś.
Wróciłem do Kate, która najwidzoczniej odzyskiwała sprawność samodzielnego oddychania.
– Co tak długo? – zapytała gdy zająłem swoje miejsce naprzeciw niej. – Wyrywałeś jakąś laske?
– Można tak powiedzieć. – uśmiechnąłem się do siebie.
– Ile nam jeszcze zostało?
– Jesteśmy jakąś godzinę do Portland, więc jeszcze ponad dwie godziny drogi.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę. Piosenka znowu się zmieniła, lecz tym razem poleciał Bruce i Born to Run. Gdy wchodził właśnie w refren z zaplecza wyszedł mój nowy kolega z dwoma, dość sporymi hamburgerami. Najpierw jeden podał Kate szczerząc się szeroko. Miał zdrowe zęby, więc chyba nie palił. Ogólnie gdy się uśmiechał wyglądał całkiem przystojnie. Szczególnie za ladą, gdzie nie było widać połowy jego ciała. Ale kto co lubi. Podał jedzenie również mi.
– Smacznego dzieciaczki. – powiedział wycierając ręce w fartuch. Miał na nim kredką narysowane wszystkie loga rockowych i metalowych zespołów. Nie mogłem się jednak dłużej przypatrzeć, bo w tym samym momencie do baru weszli dwoje facetów. Ubrani byli w czarne jeansy i skórzane kurtki. Na głowie mieli okulary przeciwsłoneczne oraz chustki na czołach. Jak John Travolta, tylko lepiej. O wiele. Uśmiechnęli się paskudnie, a nasz przyjaciel przeprosił nas niemrawo i zniknął w kuchni. Za nim poszli dwaj motocykliści. Nie przejmowaliśmy się jednak tym i zanurzyliśmy się w jedzeniu. O dziwo nie wyczułem w nim żadnego posmaku obcego DNA. Chyba mnie polubił.
Żuliśmy w ciszy. Nawet było dobre. Szybko jednak skończyliśmy i wstaliśmy od stolików. Chciałem podziękować oraz życzyć powodzenia w dalszej muzyczno-kulinarnej podróży, ale niestety nie znalazłem wzrokiem właściciela. Wyszliśmy więc w rytm I was made for loving you.
Gdy łapałem za klamkę samochodu z baru wyszedł właściciel. Cały spocony i zdenerwowany. Podszedł do nas wytrzeszczając oczy.
– Oglądaliście Banshee? – rozejrzał sie po naszych zdziwionych minach.
– Ja widziałem trochę. A co, zostajesz szeryfem? – powiedziałem uśmiechając się lekko.
– Bo właśnie barman załatwił dwóch kolesi.
Zapadła cisza. Wszyscy rozglądali się wokoło.
– Chujowe porównanie. – wydusiłem z siebie. – Ty nie jesteś czarnym bokserem.
Nikt się tego nie spodziewał. Nawet ja.

***

Wyobrażam sobie teraz jak w tle leci westernowa muzyka, a wokół nas szaleje kamera. Tarantino style.
– Czyli co? Zabiłeś ich? – pierwsza odezwała się Kate.
– Zwariowałaś!? – oburzył się dziadek. – Nie jestem pierdolonym mordercą!
Zabawne.
– Więc co z nimi zrobiłeś? – zapytałem. – W Banshee ich zabili i pochowali.
– Zamknąłem ich w chłodni.
– Więc czemu mówisz, że jak w Banshee?! Chcesz żebym dostał zawału?!
– Nie wiem. Tak mi się skojarzyło. – powiedział machając głową.
– To ich wypuść, przeproś i zapłać im za ochronę swojej dupy. – powiedziałem, gdy ten zaczął wlepiać wzrok w ziemię.
– Właśnie w tym jest problem. – burknął nieśmiało. – Nie mam żadnych pieniędzy już. Muszę stąd uciekać.
– I dlaczego się patrzysz na nas? – przechyliłem lekko głowę i zmierzyłem go wzrokiem. Zapewne wyglądałem strasznie zabawnie.
– Bo wy jedziecie gdzieś. I macie chyba tam gdzieś miejsce. Weźcie mnie! Będę wam gotował i opowiadał świńskie kawały.
– Nie jestem pewien czy chce ze sobą kolesia, który ma potyczki z mafią.
– Boisz się, co? – odparł szczerząc zęby.
– Tak. Akurat tylko tego.
Chwila ciszy. Spojrzałem na Kate. Ta najwyraźniej cała rozbawiona tą sytuacją uśmiechała się do mnie wesoło. Kiwnęła głową. No dobra.
– Ale jak będziesz puszczał gazy to obiecuje, wypieprze cię z samochodu bez zatrzymywania.
– Jasne. Jasne. Daj mi tylko dwie minuty. Spakuje swoje rzeczy i jedziemy.
Zniknął w lokalu. Bez słowa spojrzałem na moją towarzyszkę. Ta dalej rozbawiona wpatrywała się we mnie. Trochę bałem się dziewczyny.
I faktycznie, trwało to jakieś dwie minuty. Po chwili wyszedł do nas ten sam facet, tylko trochę jakby chudszy z jednym plecakiem i małą walizką. Chyba był już spakowany. Rzucił torbę na ziemię.
– To co?! – rzekł entuzjastycznie. – Suniemy?!
– A Ci dwaj? – zapytała Kate. – Nie zamarzną?
– Mała, myślisz, że moja chłodnia na prawdę chłodzi? To tylko tak się nazywa.
– Ale jak wyjdą?
– Wolałbym, aby nigdy. Lecz spokojnie. Codziennie przychodzi do mnie pewien koleś na steka. Wpadnie na zaplecze jak zawsze i im otworzy. Wtedy jednak będę już daleko. Właściwie to gdzie jedziemy.
– Aberdeen.
– To jak kurwa rzut beretem! Myślałem, że spieprzacie gdzieś na Alaskę!
– Nie chcesz to nie jedź. – odparłem zdegustowany.
– Dobra, dobra. Jadę. I tak w ogóle Billy jestem.
– James. A to Kate.
– Piękne imię dla pięknej damy. – uśmiechnął się szarmancko. Albo wcale nie.
– Zamknij ryj.

Reklamy